Translate

niedziela, 9 sierpnia 2026

Chłodne Tahoe Lake, mgliste San Fransico, kolorowe Seattle

W naszym szerokim planie wyprawy znalazło się Tahoe Lake. Jezioro położone na granicy Nevady i Kalifornii jest drugim najgłębszym jeziorem w USA. W maju woda była przejrzysta i zimna. Nie zdecydowałyśmy się na kąpiel, która dla mnie mogłaby być morsowaniem.

Tahoe Lake i Góry Sierra Nevada
Horyzont leci, ale selfie musi być.

Tam zaplanowałyśmy mały spacer po górach. Pogoda była przepiękna, słoneczna i idealna na ten typ aktywności. Wędrowałyśmy szlakiem, który był słabo oznakowany, a ścieżki były pokryte śniegiem. 

Tahoe Lake z góry

Same nie wiedziałyśmy co jest naszym celem, ale dotarcie do jeziora znajdującego się w górach zdecydowanie przerosło nasze oczekiwania. Gdy ktoś planuje wyprawę na zachodnie wybrzeże  polecam to miejsce. Nie jest może najsłynniejsze, ale dzięki temu nie ma tam tłumów turystów. A ludzie spotkani na szlaku są przesympatyczni i czerpią ogromną radość z urody tego miejsca. 


Obowiązkowym parkiem podczas objazówki po Stanach jest Yosemite. Byłam tam, ale muszę wrócić i lepiej zaplanować dzień. Nam ta część wycieczki wypadła najsłabiej. Spędziłyśmy co najmniej 5 godzin w korku do parkingu przy parku.  Korek był jednokierunkowy, nie było szans na zawrócenie. One way ticket. Byłyśmy za leniwe, żeby zostawić samochód przy wjeździe i pomaszerować. Jedyne co wspominam z tego miejsca to niekończący się sznur samochodów oraz wodospad, który mogłyśmy bardzo dokładnie podziwiać z wielu perspektyw bez wychodzenia z auta. Po zaparkowaniu podeszłyśmy do niego, zrobiłyśmy zdjęcia i wróciłyśmy do samochodu, bo już robiło się ciemno.  


NIE RÓB SELFIE prowadząc samochód! Chyba, że w korku w Yosemite. 

Pod wodospadem

Pomimo bardzo źle spożytkowanego dnia udało mi się złapać kilka niezłych kadrów.

Wyjątkowa flora 

Jako zwariowane Wianki Marianki kupiłam skok ze spadochronem z Grouponu, bo czemu by nie! Chciałam zrobić coś ekstremalnego na zakończenie pobytu w USA. Skok był pod Sacramento - stolicy stanu Kalifornia. Było bardzo gorąco, a ja zestresowana skokiem zastanawiałam się po co to robię Joline prowadziła samochód, a ja się w tym czasie malowałam... Jeżeli miałabym zginąć to tylko troszkę piękniejsza. Moja travel buddy nie zdecydowała się na taką atrakcje. Śmiała się, że pewnie trafię na jakiegoś mało przystojnego instruktora, bo przecież w skoku z Groupona musi być jakiś haczyk. Mi trafił się sympatyczny, pozytywny i niczego sobie mężczyzna. Oczywiście zrobiłam z nim wywiad i dowiedziałam się, że to nie jest jego pierwszy skok... ufff. Łącznie w ciągu roku skacze w  kilku setkach (policzyłam, że wychodzi mu więcej niż jeden skok dziennie). 

Mój spadochron i instruktor

Przygotowania




Oczywiście zdecydowałam się na pakiet z filmem i zdjęciami.  Wszystko było robione z dwóch gopro, które mój instruktor miał przyczepione do nadgarstka. 

Najpierw malutkim samolotem lecieliśmy około 20 minut. Gdy zobaczyłam ten samolot trochę zwątpiłam, nie był pierwszej młodości, były punkty, które miał połatane srebną taśmą... Mój instruktor cały czas mnie zagadywał i troszeczkę obniżał poziom mojego stresu. 

Skok był wspaniały. Na początku było bardzo głośno, czułam jak latają mi policzki i jak trudno jest mi oddychać. Instruktor pozwolił mi pociągnąć za sznurek. Po otwarciu spadochronu było swobodne opadanie - lot i to było takie relaksujące! W powietrzu z otwartą czaszą mogliśmy już rozmawiać i doskonale się słyszeć. Później to ja sterowałam naszym lotem. Kręciliśmy, skręcaliśmy i wirowaliśmy. Moment dotknięcia ziemi był neutralny, ponieważ lądowaliśmy na malutkich kamieniach, a nie na twardej glebie. Już po lądowaniu opowiadałam do kamery o moich wrażeniach.  Adrenalina trzymała mnie przez dwa kolejne dni.  Polecam wszystkim.


Zamiast długiego filmu. 
Podczas mojego pięciominutowego filmu 4 razy mówię awesome (niesamowicie, wspaniale)...

Jedyne zdjęcie z innej perspektywy. 

Chciałyśmy pozwiedzać Sacramento, ale było tak gorąco, że nie miałyśmy ochoty chodzić po mieście. Pojechałyśmy coś zjeść, a następnie do mojej rodziny pod San Francisco.
Rodziny, która odnalazła się po latach na Facebooku. (09.08.202026 a z którą jestem w kontakcie i co jakiś czas się spotykamy, w Polsce lub Anglii.)


Spacer w Foster City.
Dla mnie ścieżką dźwiękową dla tego miasta na zawsze pozostanie: San Francisco - Scott McKenzie

Pierwszego dnia zanim oddałyśmy samochód pojechałyśmy do Muir Woods National Park. Po drodze jechałyśmy przez Golden Gate Bridge. Zdecydowanie muszę wrócić do San Francisco, ponieważ przez 3 dni, ani razu nie widziałam całego mostu... Zawsze był ukryty gdzieś we mgle. Tak jak na poniższym zdjęciu. 

Golden Gate 

W parku podziwiałyśmy ogromne sekwoje i przeszłyśmy się prawie dzikim szlakiem na dwugodzinny spacer. Nie spodziewałam się, że park jest aż tak duży. 

Imponujące sekwoje



Korzystając pełnej mobilności pojechałyśmy na wzgórze z Hippy Tree, bardzo niepozorne miejsce z przeuroczą huśtawką zawieszoną dość wysoko. Nieźle musiałyśmy się nagimnastykować żeby na nią wejść. 



Samochód oddałyśmy na lotnisku, uberm wróciłyśmy do miasta. Pan kierowca był zdziwiony z wybranego przez nas punktu. Był to szczyt tych przepięknych schodów.



"If you are going to San Francisco, be sure to wear some flowers in your hair"

Spacer przez całe miasto doprowadził na do Painted Ladies. Uroczych domków w stylu wiktoriańskim. Joline była strasznie zawiedziona, że to był nasz cel, mi się podobało. 

Old Ladies

Alcatraz widoczne w oddali. Jedyne więzienie z ciepłą wodą...
... ponieważ w razie ucieczki zimna woda w Zatoce San Francisco miała szokować i osłabiać uciekinierów. 

Lombard street, najbardziej kręta ulica.

Lwy morskie w Pier 39, które według specjalistów jest idealnym środowiskiem dla tych zwierzątek.

Śmiesznie było obserwować leniwe lwy morskie, które wdrapywały się na swoje platformy. Na blogu Cieplik podróżuje jest krótki artykuł tych mieszkańcach zatoki (https://cieplikpodrozuje.pl/pl/lwy-morskie-w-san-francisco/).

Port.

Tego wieczoru razem z moją kuzynką Emmą pojechałyśmy na sushi i spotkanie jej wspólnoty, które było bardzo miłe. 

Następnego dna razem z moją ciocią, kuzynką i ich psem pojechałyśmy na spacer na plaże. Był to nasz ostatni wspólny dzień, więc postanowiłyśmy spędzić go w gronie rodzinnym. 




Uratowałyśmy panią po lewej, która zgubiła swoje klucze do auta i już była przekonana, że ich nie odnajdzie. Kolejne pamiątkowe selfie...

W ramach podziękowania za gościnę oprócz wina (09.08. teraz dałabym miód lub oliwę) postanowiłyśmy przygotować kolację. Menu było oczywiste, bo co innego można zaproponować ludziom z polskimi korzeniami... Oczywiście, że pierogi. Razem z Joline, której zadaniem był deser poszłyśmy po zakupy. Ja zrobiłam farsz na moje ulubione pierogi ruskie/ukraińskie (09.08.2026, ja wiem, że od ukraińskiej Rusi Czerwonej), potem ciasto. Moje kuzynostwo z chęcią wzięło się do pomocy i lepienia razem ze mną. Uwielbiam czas wspólnego gotowania oraz zarządzania drobnymi i efektownymi projektami w zgranym zespole...


Podczas wieczornego oglądania zdjęć i tłumaczenia Emmie, kto jest kim ogarnęła mnie radosna melancholia. W Stanach, w Kalifornii, pod San Francisco trafiłam na nieznane mi zdjęcia mojego taty mającego około 7 lat ze swoim kuzynem. Rzeczywistość udowodniła mi jak Internet może przywracać zerwane więzi. Zyskałam wspaniałą rodzinę z którą zbudowaliśmy świetną relację i nadal jesteśmy w kontakcie.  Nawet byli już w Polsce! (09.08.2026 razy w ciągu 9 lat) Podczas ich pierwszej wizyty niestety minęłam się z nimi, bo wyjeżdżali do Berlina w dzień mojego wielkiego powrotu.

Mały Franek i Mietek

Po kilku dniach w San Francisco i okolicy objazdówka z Joline dobiegła końca. Pożegnałyśmy się z moją rodzinką, kolejką dotarłyśmy na lotnisko, gdzie rozeszłyśmy się w różnych kierunkach. Joline wracała do Nowego Jorku z którego kilka dni później wracała do Belgii kończąc program Au Pair, ja kontynuowałam moją wycieczkę. 

Punktem, który koniecznie chciałam odwiedzić na Zachodnim Wybrzeżu było Seattle. Miasto z pozoru deszczowe przywitało mnie przepiękną słoneczną pogodą. Byłam zachwycona!

Widok z Kerry Park

Jako fanka Grey's Anatomi musiałam zobaczyć filmowy dom głównej bohaterki Meredith Grey.

Był raptem w paru przebitkach


The Space Needle oraz fragment Muzeum Popkultury

To popołudnie spędziłam z Nedem, który ogłosił się na couchsurfingu, że szuka osób do wspólnego odkrywania Seattle. O tyle śmiesznie, że już wcześniej byliśmy znajomymi na facebooku. Przyjęłam go, bo w znajomych dużo moich koleżanek au pair i myślałam, że poznaliśmy się na jakiejś imprezie w Waszyngtonie... ale nie, Ned po prostu kolegowała się z podróżującymi po Stanach au pairkami.

Ikona Seatlle

Muzeum było bardzo interaktywne i spędziliśmy tam chyba ze 4 godziny. Graliśmy na różnych instrumentach, robiliśmy przeróżne quizy, czytaliśmy ciekawostki. 


Coś imponującego... Filar z gitar.

Podczas samotnego podróżowania często decydowałam się na Couchsurfing. W przypadku Seattle był to strzał w dziesiątkę. Spałam na łodzi. Tak, na łodzi w której były dwie sypialnie, dwie łazienki oraz kuchnia z pokojem dziennym. (09.08.2026 teraz jestem po moim pierwszym rejsie, więc jestem mądrzejsza. Wiem, że te sypialnie to kajuty, łódź, to dokładnie jacht, łazienka to kingston, przystań to raczej port. Jest szansa, że moje towarzystwo posługiwało się językiem żeglarskim po angielsku, ale już nie pamiętam.) Oczywiście łódź stała przycumowana w przystani. Właściciel łodzi, mój couchsurfingowy host Sam, tłumaczył to tym, że utrzymanie łodzi w takiej lokalizacji jest tańsze niż wynajem mieszkania. Pierwszego wieczoru Sam zabrał mnie na grilla społeczności couchsurfingowej. Trafiłam na cudowny zachód słońca i mnóstwo otwartych ludzi. Bawiłam się prześwietnie.


Z domówki pojechaliśmy na imprezę. Trafiliśmy do super miejsc. Ekipa była całkiem spora i się podzieliła, a ja jak to ja meandrowałam, bo sama nie wiedziałam co podoba mi się bardziej.  Czy kameralna impreza ze znajomym DJ (znajomym, moich nowych znajomych) do muzyki elektronicznej z szalonymi tańcami czy spokojne rozmowy w klubokawiarni z jazzem na żywo i domowym winem kupowanym na karafki. Z drugiego miejsca nie mam zdjęć, bo nie chciałam zabierać tej prywatnej chwili. Na szczęście nie musiałam wybierać i spokojnie mogłam się rozdwoić ;) 

Grupowe selfie z DJ. 
Gdy kierowca ubera, chce mieć zdjęcie z pasażerami.

Na zwiedzanie miasta ponownie umówiłam się z Nedem, ale także z  Chiarą (au pair z Włoch) również trafioną na couchsurfingu. Świetnie mi się z nimi zwiedziało, bo mieliśmy dużo wspólnych tematów. Ned bardzo chciał robić zdjęcia i ćwiczyć się w portretach, więc mam bardzo dużo niezłych zdjęć siebie. 

Dzień zaczęliśmy od Pacific Market. Z którego nie mam żadnych kadrów. Widzieliśmy tam najstarszy Starbuck, ale był bardzo rozczarowujący. 


Zdjęcia z punktu widokowego:


Jedną z najsłynniejszych atrakcji jest The Gum Wall. Hit czy kit? Oczywiście dołożyłam tam swoją "cegiełkę"...

The Gum Wall selfie. Fuj!?

Szalona fotka. 



Pisane09.08.20026
 
Zwiedziliśmy również Gas Work Park z widokiem na Union Lake.


Pamiętam jedną scenę z Chirurgów, gdy Ben mąż Mirandy Bailey biegał między tym czymś, bo chciał zostać strażakiem. Fot. Ned



Ależ lubiłam te niebieskie włosy, które spłukiwały się na szary.

Pełne skupienie nad telefonem.



Wersja dzienna w innym gronie i bez pana z ubera.

Po wspólnym zwiedzaniu wróciłam do portu. Tego dnia wraz z Samem i jego sąsiadami żeglowaliśmy na kolacje miało to wszystko ogromy urok, ponieważ było to moje pierwsze świadome doświadczenie na łodzi, nawet przez chwilę sterowałam... Cumowaliśmy zaraz przy restauracji. 


Miasto i życie na jeziorze. To był jacht <3 W tle Space Needle.

Kolacja ze znajomimy z portu, na którą przypłynęliśmy łódką. 

Kolejnego dnia Sam zabrał mnie do doku.

Wycieczka do doku.


A w doku, ducks. Super suchar prowadzącej.

Popołudnie spędziłam z Nedem, wybraliśmy się na wieżę widokową Space Needle o wysokości 184 m z widokiem na miasto, góry i Union Lake.



Powody dla krórego warszawskie drapacze chmur nie robią aż takiego wrażenia...

Ned, thanks for pics!

Paznokcie przed modą na hybrydę... po 3 tygodniach podróży.


Sangria na jachcie, z deszczowym miastem w którym przez całe moje 4 dni nie padało ani razu. 




Pisane w 2017 roku.
Wróciłam do DC do mojej host family, która tego popołudnia zabrała mnie na kolację. W restauracji tata chłopaków opowiadał jakąś jak widać na zdjęciu przejmującą dla mnie i śmieszną dla Młodego historię... Oczywiście przyznałam się do tego, że dostałam mój pierwszy w życiu mandat (tu cała historia). Host mama była pewna, że to za złe parkowanie, bo przecież tak dobrze i ostrożnie jeżdżę... No cóż, kosztowna lekcja na całe życie, że prędkości się nie przekracza (09.08.2026 nadal to jedyny mandat w moim życiu)...    


Silas ma już teraz 18 lat i myślę, że jest ode mnie wyższy o 20 cm. Tutaj jeszcze był w pożyczonym ode mnie sweterku...

09.08.2026
Postanowiłam dokończyć ten post ponieważ temat mieszkania i podróżowania po Stanach do mnie wraca. Na pierwszych randkach, w rozmowach w biurze, gdy co roku dostaję kartki świąteczne od mojej rodzinki. Na minionym Pol'and'rocku niedzielnego poranka, gdy cały mój obóz spał o 7 rano, a do mnie w naszej przestrzeni przysiadły się młode dziewczyny z sąsiednich namiotów (brzmię tu jak boomer, ale byłam od nich starsza około 10 i 15 lat) i zaczęłyśmy rozmawiać. Padło pytanie "Czy mieszkałam gdzieś za granicą?"... I tak czułam się przez jakieś 40 min jak gościni woodstockowego ASP odpowiadając na pytania dziewczyn, wspominająca 2 lata amerykańskiej przygodny i zachęcając je do takich doświadczeń. 

Program i życie z amerykańską rodziną to jedno z najlepszych doświadczeń w moim życiu, które serdecznie polecam! Z jednej strony przedłuża młodości i beztroskę (nie trzeba płacić rachunków, martwić się o zakupy), a z drugie jest się odpowiedzialnym za dzieci ich bezpieczeństwo i rozrywkę... a z trzeciej to świetne doświadczenie życia poza Europą, przeżywania lokalnych świąt (tutaj post o Halloween,) oraz poznania bardzo różnych ludzi. Oczywiście, wszystko zależy od rodziny do której się trafi, ale tą też można zmienić. 

Po programie byłam jeszcze w Stanach 2 razy, w 2019 roku, gdy po pracy biurowej w Poznaniu oraz burzliwej relacji postanowiłam zrobić sobie Gap Year, a złożyło się to z tym, że moja amerykańska rodzinka potrzebowała wsparcia. Byłam niespodzianką dla chłopców, a to siedmioletni wówczas Asa doprowadził do łez mnie, swoją mamę i terapeutkę, ponieważ na swoim tablecie do komunikacji wyklikał "Hello, I am happy". Teraz po kolejnych 7 latach mam łzy w oczach, ponieważ były to pierwsze jego słowa skierowanie bezpośrednio do mnie w tak jasnym przekazie. Asa jest niewidomy, autystyczny i niewerbalny.

Czy ktoś tu jeszcze jest po tylu latach?