Translate

środa, 10 stycznia 2018

Dziki zachód: kolebka kina, Grand Canyon, Monument Valley

Każdej au pair po skończonym programie przysługuje tak zwany travel month. Ten niezwykle wyczekiwany miesiąc podróżowania można określić nagrodą za całokształt. Istnieją au pair nie robiące travel month z powodu braku pieniędzy, satysfakcji z dotychczasowego podróżowania czy z chęci szybszego powrotu do domu. Nie byłabym sobą, gdybym nie wykorzystała takiej okazji! Dodatkowy miesiąc na podróże, tak poproszę! Nie chciałam podróżować w lipcu (wszyscy mają wakacje i wyobrażałam sobie tłumy [TŁUMY DZIECI!!!], wszędzie), a z powodów rodzinnych mojej host rodziny, czerwiec był miesiącem bardzo intensywnym w którym mnie potrzebowali. Za zgodą ogółu i pomocą babć (przyjechały na moje "zastępstwo") podróżowałam przez trzy tygodnie w maju. Od początku programu wiedziałam, że w tak długie wakacje pojadę na zachodnie wybrzeże. Chciałam zobaczyć Kalifornię z filmów, majestatyczny Grand Canyon, deszczowe Seattle z "Grey's Anatomy" ("Chirurdzy")...  

Towarzyszkę podróży znalazłam przez Facebook'a na jednej z podróżniczych grup. Joline, au pair z Nowego Jorku, oryginalnie z flamandzkiej części Belgii. Planowanie tak dużej wycieczki zaczęłyśmy już w styczniu. Na szczęście podczas mojego weekendowego wypadu z mamą do Nowego Jorku obie znalazłyśmy chwilę by poznać się osobiście. Próbowałyśmy zarezerwować samochód i wtedy okazało się, że mamy  urodziny tego samego dnia. Joline jest tylko rok młodsza. Śmiałyśmy się, że to takie przeznaczenie. Najintensywniejsze planowanie pojawiło się na przełomie lutego i marca. Jolin chciała mieć zarezerwowane większość noclegów, ja nie musiałam, bo przecież wszędzie są motele! Musiałyśmy znaleźć kompromis i hotele/hostele w większych miastach. 

Mój samolot do San Francisco z przesiadką w Los Angels był w poniedziałek rano, więc zdążyłam się pożegnać z moimi host dziećmi przed ich szkołą. Pierwszy raz opuszczałam chłopców na tak długo.  Starszy chłopiec był bardzo przejęty tym, że nie będzie mnie 3 tygodnie. Przy jednej z kolacji przed moim wyjazdem pytał, kto się nim zajmie jak mnie nie będzie i czy na pewno wrócę... W dzień wylotu podczas jedzenia śniadania między mną a moim host dad (HD) wywiązał się następujący dialog:

HD: Jesteś podekscytowana? 
Ja: Nie.
HD: Jesteś zmęczona? (On wie, że jak jestem zmęczona, czyli często o poranku, to nie jestem skłonna do okazywania jakiegokolwiek entuzjazmu)
Ja: Nie, bardziej zasmucona.
HD: Czym?
Ja:... 
HD: Tym, że jak wrócisz to zostanie Ci tutaj tak niewiele czasu?
Ja: Tak.


Na lotnisku nie obyło się bez małego stresu, pierwszy raz od dawna. Już jakiś czas temu przesunęła mi się poprzeczka tego jak wcześnie jestem na lotniskach... Przy pierwszych lotach nawet krajowych w kolejce do kontroli byłam już 2 godziny przed wylotem. Teraz jestem 40 minut przed początkiem odprawy. Zawsze podróżuje tylko z bagażem podręcznym, którego nie odprawiam oraz plecakiem. Doskonale wiem co gdzie może się znajdować i co trzeba wyjąć. Jakie było moje zdziwienie, gdy moja walizka przechodziła szczegółową kontrolę. Pan z ochrony chyba z trzy razy powiedział "Proszę niczego nie dotykać", a ja tylko zawiązywałam sobie buty. Oczywiście nic nie znalazł.  Nowym dla mnie było opóźnienie samolotu o 1,5 godziny. Tyle się na latałam, a tu gdy miałam przesiadkę pojawiła się taka niespodzianka. Na szczęście na lotnisku spotkałam doskonałego partnera do rozmowy, z którym z przyjemnością gawędziłam o podróżowaniu i życiu. 

Podczas przesiadki w Los Angeles miałam tylko godzinę, a do pokonania bardzo długie korytarze, musiałam zmienić terminal, wydrukować drugą kartę pokładową na lot innej lini (nie wpadłam na to na lotnisku w DC), przejść kolejną kontrolę i znaleźć moją bramkę. Przy mojej bramce pojawiłam się 5 minut przed początkiem odprawy, bo wszędzie gdzie mogłam to biegłam. Udało się!

Lubiłam mieszkać i latać nad DC. Widzicie tu Washington Monument (ołówek) oraz Jefferson Memorial.

W San Francisco wylądowałam koło 6 popołudniu tamtejszego czasu (różnica między  Waszyngtonem- stolicą, a Kalifornią to 3 godziny, między Polską, a Kalifornią wynosi 9 godzin). Z moją travel buddy nie byłyśmy konkretnie umówione, wiedziałam tylko, że będzie w San Fran wieczorem i znałam adres hotelu, tam też się udałam publicznym bezpośrednim autobusem (dziesięć razy tańszym niż uber). 

Hotel znalazłam bez problemu. Gdy otworzyłam Joline drzwi naszego pokoju, przywitała mnie słowami: Żadnego przytulania, potrzebuję prysznica. Moja towarzyszka wyprawy wybrała pociąg jako środek lokomocji.  Spędziła w nim 3 dni jadąc przez całe Stany, bez możliwości normalnego umycia się i wyspania w łóżku. Wspólnie wybrałyśmy się na kolacje. Spacerując tak po San Francisco rozmawiałyśmy o tym, że nie wygląda tak jak nam się wydawało. Nie ma w nim za dużo wieżowców, zdawało się być spokojne a temperatura była wręcz chłodna. 

Pierwsze wrażenie. Są palmy!

"If you are going to San Francisco
Be sure to wear some flowers in your hair " 

Bay Bridge 
Następnego poranka odbierałyśmy z wypożyczalni samochód -śliczny, czerwony, idealny Hyundai. I tak zaczął się nasz road trip. Pierwszym celem było Los Angeles. Tak, wracałam tam po szalonej przesiadce. Zrobiłyśmy tak ze względu na cenę auta. Podróż, niby 6 godzin, ale zajęło nam to cały dzień. Przejechałyśmy kawałek Highway 1, ale niestety spory odcinek drogi został zamknięty, więc musiałyśmy zmienić trasę. Już od początku było przepięknie. Prowadziłam samochód, ale mimo wszystko podziwiałam piękne widoki; z jednej strony góry, z drugiej ocean. 

Mijałyśmy wiele pięknych plaż. 

Samochodowe selfie musi, musi być. Zaczynając wyjazd byłam niebieska.
Zatrzymałyśmy się na niesamowitej farmie truskawek, w której można było kupić truskawkowe... wszystko! Spodobał nam się sposób istnienia tego biznesu, który w dużej mierze opierał się na zaufaniu do klienta. Można było samodzielnie zabrać truskawki, wybrać produkt (dżem, ciastka, lemoniady), zaważyć, policzyć, a następnie za wszystko zapłacić i wydać sobie resztę. Jak myślicie przeszłoby to w naszym pięknym kraju? 



Analogowa kasa samoobsługowa. 

Cudownie widoki i czerwona Polena (tak ją ochrzciłyśmy). Dzięki temu kolorowi samochodu bardzo łatwo było go wszędzie znaleźć. 

Dojechałyśmy do LA wieczorem. Nasz hostel był na Hollywood Boulevard, oddalonym od Alei Sław 10 minut spacerkiem.  Poszłyśmy jeszcze na spacer w poszukiwaniu znanego znaku Hollywood... i znowu się zawiodłyśmy. Znak Hollywood nie jest w nocy podświetlany. Ledwo się go dopatrzyłyśmy. Wydawało mi się, że jest większy, dużo większy i widać go doskonale z każdego punku w mieście... a tak wcale nie jest... szczególnie po zmroku.

Następnego dnia zwiedzałyśmy. Spacerkiem, bo większość atrakcji była blisko. Punkt pierwszy: aleja sław. Oczywiście wśród gwiazd na tej alei widziałyśmy mnóstwo znanych postaci.




Dla mnie ważnym punktem na tej ulicy był The Dolby Theatre, który bardzo trudno było nam znaleźć. Tak naprawdę jest częścią centrum handlowego. Bilet na wycieczkę z przewodnikiem trwającą 30 minut kosztuje $20, ale ja MUSIAŁAM się tam pojawić. Spacer śladami gwiazd w klimacie oskarowej nocy był niezwykle udany. W naszej grupie było tylko małżeństwo w średnim wieku, więc mogłyśmy zobaczyć więcej, wejść na różne balkony i zrobić więcej zdjęć. Co ciekawe fotografowanie jest dozwolone tylko w kilku miejscach w teatrze. Czułam atmosferę tej najważniejszej filmowej nocy, a oczyma wyobraźni, widziałam gwiazdy światowego kina spacerujące po tych samych korytarzach co ja w tamtym momencie. Joline była zaskoczona, że lata świetności ten teatr ma już dawno za sobą i nie jest tak elegancki (szczególnie dywany ;)) jak o nim myślała. Ja też, ale mimo tego byłam bardzo podekscytowana. 


Z TYM Oscarem. 

Widok ze sceny. Makiety pokazują sławy siedzące na tych miejscach podczas ostaniej gali.

Widok na scenę.
Kolejnym miejscem poleconym przez pana w informacji turystycznej był punkt widokowy w samym City Hall, czyli ratuszu. Oczywiście przed wejściem musiałyśmy przejść przez wykrywacz metalu, a nasze plecaki zostały prześwietlone, ale to nic dziwnego. To w końcu budynek urzędu. Takie atrakcje lubimy bardzo, bo wjazd na balkon był za darmo i mogłyśmy podziwiać panoramę miasta.

Los Angeles

Następnym punktem było obserwatorium Griffith. Co zabawne przy jednym z eksponatów usłyszałam "Ania, to co 7 minut się porusza", więc jak to ja zaczęłam rozmowę ze spotkanymi Polakami.


Panorama LA, widok z obserwatorium. 

Niestety nie zrobiłyśmy sobie pełnej wspinaczki pod sam znak Hollywood, ale dotarłyśmy wystarczająco blisko, bo zrobić pamiątkowe zdjęcia. 


Typowe LA.
Tego wieczoru w naszym hostelu był wieczór karaoke z otwartym barem. Uwielbiam takie wydarzenie, gdy ludzie z całego świata mogą się integrować i wspólnie bawić. Po karaoke był koncert zespołu, który nawet nagrywał teledysk wykorzystując zasób rozrywkowych osób skupionych w jednym miejscu. Było bardzo zabawnie, poznałyśmy wiele osób z Europy, zakolegowałyśmy się z dziewczyną z Nowej Zelandii, mieszkającą obecnie w Kanadzie, a drinki piłyśmy z Brytyjczykami. Spędziłyśmy bardzo rozrywkowy wieczór.


Następnego poranka wybrałyśmy się na spacer po jednym z najsłynniejszych i najbardziej luksusowych miast  w  Kalifornii - Beverly Hills. Szczerze mówiąc myślałam, że to dzielnica miasta aniołów, ale nie, jest to miasto w hrabstwie Los Angeles. Ciągle się czegoś uczę!

Jak nie wianki, to całe ściany w kwiatach. Fot. Joline.
Mała uliczka pełna drogich butików znanych projektantów.

Międzynarodowe dziewczyny! Lubię to zdjęcie.

Palma artystycznie.
Później podjechałyśmy w okolice Santa Monica Beach. Plaża jest bardzo szeroka, z pięknym widokiem na góry. 

Mały wiaterek.

Symbolem tej plaży jest park rozrywki z diabelskim kołem. 


Spodobało mi się, że na plaży Santa Monica oprócz huśtawek i placu zabaw było też bardzo dużo różnego rodzaju sprzętu gimnastycznego. A ludzie będący tam potrafili robić na nich cuda rodem z Cirque du Soleil. Nadal nie wiem, kto ich tego nauczył.

Mi wystarczyła huśtawka.

"You did it!" Fot. Joline.
Później odwiedziłyśmy Vencie Beach, która była równie piękna. Niestety na wszelkie kąpiele w oceanie tego dnia było dla mnie za zimno.



Tej nocy spałyśmy w motelu na trasie do Grand Canyon. O poranku wyruszyłyśmy zobaczyć to jedno z najbardziej znanych miejsc w Ameryce Północnej.

Sukulenty, czyli typowy pejzaż w Arizonie.

Oczywiście nie obyło się bez przygód. Pracownik motelu polecił nam super miejsce "Będziecie zachwycone!", tylko 30 min drogi... Okazało się, że 30 min to 2 godziny i w dodatku dojeżdża się do bardzo drogiej atrakcji jaką jest Skywalk. Nie mieścił się w naszych planach i finansach, więc byłyśmy tylko złe, że straciłyśmy tyle czasu. Na szczęście widoki były piękne!


Wróciłyśmy na trasę. Jadąc jedną z autostrad Joline zaczęła panikować, że kończy nam się paliwo. Powiedziałam "Spokojnie, mamy jeszcze całą jedną kreskę"... na 100 mil (160 kilometrów). Stacji nie było za wile, ale ja byłam spokojna. Dojechałyśmy do stacji, a potem już tylko do punktu widokowego w Wielkim Kanionie. Trafiłyśmy idealnie na cały zachód słońca.... Gran Canyon w momencie gdy dzień zmienia się w noc zrobił na mnie ogromne wrażenie. Byłyśmy tam w najlepszej fotograficznej złotej godzinie.




Zmierzchowe selfie.
Nowego dnia, pełne energii i podekscytowane ruszyłyśmy w drogę by udać się na jakąś wędrówkę po Wielkim Kanionie. Na naszym wyjeździe zazwyczaj nocowałyśmy w typowych amerykańskich motelach. Parkowałyśmy samochód tuż przed naszymi drzwiami. W wielu przypadkach noclegi rezerwowałyśmy przez https://www.booking.com/, często o wiele tańsze oferty znajdywały się dalej od atrakcji. Przy cenie benzyny i tym, że zmieniając lokalizację jeździłyśmy po 6-10 godzin, godzinka w tą czy w tamtą nie robiła nam większej różnicy. I tym razem tak było.

Jedziemy do Parku Narodowego Grand Canyon. Wydaje mi się, że jadę tylko te 5 mph szybciej niż limit, taki dozwolony (bo to przecież w granicach błędu prędkościomierza)... Patrzę na znaki zjazd na Grand Canyon, patrze na telefon z GPSem, trzymać się autostrady. Rozmawiam z moją travel buddy o tym co powinnam zrobić, droga jest lekko z górki (naprawdę!!!), nie zwracam uwagi na deskę rozdzielczą, bo jeszcze muszę skoncentrować się na drodze... I to był błąd. Drogi błąd.  Słyszę koguty. Z przyśpieszonym biciem serca spoglądam w lusterka, a tam radiowóz. Zjeżdżam.... Przekroczyłam prędkość o 10 mph... Przystojny pan policjant, grzecznie się z nami przywitał, widział, że samochód jest z wypożyczalni. Usłyszał nasze akcenty, więc miło pogawędził z nami o naszych krajach. Mandat musiał mi dać, ale w międzyczasie przeprosił nas za to: że jest tak wietrznie, że zatrzymał nas w tym miejscu i że musi wypisać mandat. Poradził też, że jeżeli ogólnie  nie planujemy powrotu do Arizony, to nie ma co płacić tego mandatu. To był ten dobry policjant, który przez swoją przyjazne nastawienie spowodował, że mimo wszystko (i ile mnie to kosztowało!) miło wspominam moje pierwsze i jedyne na tysiące przejechanych mil doświadczenie z zatrzymaniem na drodze. Generalnie nie polecam. Był to bardzo, bardzo drogi mandat, który musiałam zapłacić, bo chce wrócić do USA, do Arizony też. 

Snapchat musiał powstać....
Przy najbliższym tankowaniu zamieniłam się z Joline. A do końca mojej wycieczki po USA,  bardzo pilnowałam wszystkich znaków i prędkości niezależnie od tego czy byłyśmy same na środku niczego ( bardzo często) czy na normalne uczęszczanej autostradzie. O ironio przed wyjazdem koleżanka Zuza opowiadała mi historię z mandatem w Arizonie. A znajomy, którego pytałam o wskazówki podróżnicze powiedział przestrzegaj limitów prędkości. Uważajcie! 

Gdy już dojechałyśmy do Grand Canyon od razu udałyśmy się do jednego z Visitor Center, w celu zasięgnięcia porady jaki szlak będzie dla nas najlepszy. Pani w informacji doradziła The Bright Angels Trail, do punku Three Mile Resthouse, wędrówka miała być 6 godzinna, ponieważ pani liczyła dwa razy więcej czasu na powrót. Wędrówka górska w Wielki Kanionie jest bardzo specyficzna. Nie spotkałam się jeszcze z taką formą w której najpierw idzie się w dół i jest coraz bardziej gorąco. W punkcie do którego doszłyśmy było około 35 stopni Celcjusza.  Łączna długość trasy wynosiła prawie 10 kilometrów. Chciałam iść dalej, głębiej niż do punktu Three Mile Resthouse, ale moja współtowarzyszka nie była przekonana do tego pomysłu. W sumie sama przyznawała się, że nie jest fanką trekkingu. 

Bardzo szybko i bardzo blisko spotkałyśmy sarenkę.

Szlak był piękny! Tak bardzo różny od tych, które znam.

Selfie!

Ścieżka była prawie cały czas w słońcu.



Podczas tej wędrówki mijałyśmy tłumy turystów. Czym niżej było ich mniej. Moje marzenie z zejściem na sam dół Wielkiego Kanionu jest jeszcze do spełnienia. Tym razem się nie udało, ponieważ jest to cała WIELKA misja. Samo zejście to cały pełen dzień. Należy mieć też zarezerwowany tam nocleg i być na listach. Muszę tam wrócić!

Po powrocie na parking postanowiłyśmy zostać na kolejny zachód słońca, ale oglądać go z innego punktu. 


Kolejny zachód słońca i moje ukochane treki. 
Nie zostałyśmy do zmroku, ponieważ miałyśmy już wystarczająco wrażeń na ten dzień (mandat!), a dodatkowo nie chciałyśmy utknąć w korku przy wyjeździe z parku, co miało miejsce wieczór wcześniej. 

Piątego dnia naszej wyprawy ruszyłyśmy w stronę Monument Vally czyli Doliny Pomników. Dolina Pomników to rezerwat Indian Navaho, więc nie należy do Parków Narodowych Ameryki. Postanowiłyśmy przejechać całą dozwoloną trasą "naszym" wypożyczonym autem. Nie była to najlepsza decyzja, bo jazda na terenie gdzie nie ma drogi, są tylko kamienie była bardzo traumatyczna, powolna, stresująca i powodująca niestety małe rysy na aucie.  Nie wiem czy byłybyśmy skłonne powtórzyć tą trasę. Świetnie było pooglądać skalne pomniki nazwane i przypominające trzy zakonnice, czy słonia, ale nie kosztem takich nerwów.



Stoiska Indian Navaho z regionalną biżuterią.

Dzielny samochód na niepewnej drodze. Polena <3

Dolina Pomników, to plan filmowy wielu amerykańskich westernów.

Zdjęcie przez sklep z pamiątkami.

Przez moją nieuwagę z tym jak sprawdzałam nasz harmonogram troszkę się nam niestety posypał. Zawiodłam się sama na sobie, że tak nie ogarnęłam. Musiałyśmy odpuścić Brice Canyon, pomimo tego, że musiałyśmy nocować bardzo blisko. A i w całej trasie doszło nam 6 godzin jazdy. Nie było to dla nas szalenie dużo, ale trochę bolało nas, że mogłyśmy w tym czasie wypoczywać. Strasznie byłam na siebie zła.


Koniec części I. 

środa, 7 czerwca 2017

Bogaty port na Morzu Karaibskim-San Juan, El Yunque National Forest

Przed przyjazdem mojej mamy do Stanów, rozmawiałyśmy co możemy razem zrobić. Chciałam spełnić jej marzenie i zabrać ją nad Niagarę. Nie potrafiłam się jednak zabrać do planowania tej wycieczki i po kolejnej rozmowie na Skypie stwierdziłam, że w lutym nie jest to najlepszym pomysłem. 

Przyjaciółka moje host rodziny rzuciła pomysł: Puerto Rico, ponieważ to miejsce, które warto odwiedzić w każdym miesiącu, szczególnie w tych mroźnych. Był grudzień, więc szybko podchwyciłam tą ideę. Oczywiście zabrałam się za szukanie tanich lotów. Znalazłam błyskawicznie, loty bezpośrednie, z DC, pasujące z czasem mojej host rodzinie.

Puerto Rico to po hiszpańsku bogaty port. Jest to wyspa na Morzu Karaibskim, odkryta w 1493 roku przez Krzysztofa Kolumba. Obecnie jest to terytorium nieinkorporowane (obowiązują w nim wybrane elementy Konstytucji USA) Stanów Zjednoczonych.

 Jak okazało się na lotnisku nasze bilety były TSA Pre, czego nie zauważyłam.  Dzięki temu nasza kontrola bezpieczeństwa trwała mniej niż 10 minut. Bez kolejek, bez ściągania butów i bez wyciągania elektroniki z plecaka. Wylot miałyśmy w piątek wieczorem, po trzech i pół godzinie lotu, w środku nocy wylądowałyśmy w Puerto Rico. 

Pierwszy dzień był bardzo spokojny. Wyspałyśmy się i powędrowałyśmy na plażę. Droga z naszego airbnb nie była długa, ale już ten krótki spacer pozwolił nam zauważyć różnicę w przyrodzie i architekturze.

Mango.

W drodze na plażę.


Blue time. Pierwsze plażowanie w 2017 roku.
Po kilku godzinach słodkiego leniuchowania i czytania książek, postanowiłyśmy ruszyć z miejsca i pojechać zobaczyć stare miasto. Nasz gospodarz polecił nam zobaczenie dwóch historycznych fortów. Zaczęłyśmy od San Felipe del Morro Fortress. Byłyśmy pod wrażeniem lokalizacji, architektury i widoków.





Oczywiście, że musiałam się zaczerwienić na raczka. Fot. Mama.

Panorama.

Fort.


Fot. Pani Strażniczka Parku Narodowego.



Fort jest niezwykle fotogeniczny.

Fot. Mama.


Fot. Jakaś Pani


Fotograficzna złota godzina, więc selfie musiało być.



Było trochę wietrznie. 
Stare Miasto jest przepiękne, jak dla mnie bardzo europejskie. W 1983 roku zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO. 



Wieczorem spacerując po Starym Mieście trafiłyśmy na performance. Kilka osób grało na bębnach, ktoś śpiewał, a przy tym akompaniamencie tańczyły dziewczynki, dziewczyny i kobiety w pięknych spódnicach.  Każda występowała indywidualnie. Oglądając je miałam wrażenie, że poprzez taniec opowiadają swoje historie. Było za ciemno i za magicznie, by łapać ten moment na zdjęciach.

Nasz niezwykle pomocny gospodarz polecił nam bar w którym była prawdziwa salsa. Przed sceną znajdowała się przestrzeń w której odbywały się bitwy taneczne, jednakże wszyscy w barze poruszali się w rytmie muzyki, niezależnie od wieku i płci. Polecam takie doświadczenie, bo w takim miejscu można poczuć klimat całej wyspy i bardzo się zrelaksować przy różnych napojach. Zaskoczyło mnie tylko, że to wszystko skończyło się w piątek o 11 wieczorem... 






Następnego dnia wypożyczyłyśmy samochód i wyruszyłyśmy do El Yunque National Forest, czyli  do lasu deszczowego 40 minut od San Juan. Zarówno ja, jak i moja mama nigdy wcześniej nie byłyśmy w dżungli. 
Bardzo byłam przejęta prowadzeniem innego samochodu niż "moja" honda. Fot. Mama.

Roślinność dżungli jest zupełnie inna niż nam znana.

Takie piękne kwiaty można było znaleźć na ziemi.


Jednym z punktów była wieża, z takim pięknym widokiem.



Jestem zakochana w tej dżungli.

Mama i dżungla.

Miał to być hike, a okazało się, że to tylko droga do wodospadu - kąpieliska.

Bambus!

Orchidea 

W górach jest wszystko co kocham. 


Nasza biała gwiazda.

Trzeciego i przedostatniego dnia obudziłam się chora. Wysokie temperatury i klimatyzacje zawsze działają na mnie źle. Może moim błędem było picie wody z lodówki, a nie butelkowanej. (Z tą wodą diagnozę postawiła Terka, "Nie widziałaś Seksu w wielkim mieście, ona była chora przez wodę!")

Gilberto, nasz gospodarz. Fot. Mama.

Miałyśmy samochód jeszcze przez pare godzin, więc pojeździłyśmy trochę po mieście i tak trafiłyśmy na dzielnicę pełną różnorakich murali. 




Chyba mój ulubiony. 

Patrzę na krasnala i czuję się prawie jak we Wrocławiu.



Po oddaniu samochodu przysługiwała nam darmowa przejażdżka, więc wróciłyśmy do Starego Miasta, by zobaczyć twierdzę  Castillo del Morro. Bilet kupiony pierwszego dnia był ważny przez tydzień, a w jego cenie był autobus kursujący między fortami.






Te urocze domki.

Chyba bardzo dużo polski au pair tam jeździ, bo nawet się postarali o polską wersję językową.

Tyle bananów!
Popołudnie spędziłyśmy w kawiarni, bo byłam tak słaba, że nie miałam siły na spacerowanie. Poza moim osłabieniem dodatkowym czynnikiem wpływającym na nasze zmiejszenie zapału do zwiedzania był deszcz. Razem z mamą byłyśmy bardzo szczęśliwe, że w dwa pierwsze dni tak długo jak byłyśmy poza naszym lokum, tak długo nie padało. Deszcz to chleb powszedni w Puerto
i pomimo, tego że miałyśmy kurtki, parasol to i tak bardziej skłaniało nas to do bycia w domu, rozmawiania z Gilberto o różnicach między Polską, Stanami, a Puerto Rico  czy czytania książek. Padało codziennie w nocy - taki klimat.

Wylot miałyśmy popołudniu. Ostatniego dnia pomimo deszczu z nadzieją na chwilowe przejaśnienia poszłyśmy pożegnać się z oceanem i plażą.


Oczywiście musiałam zmoczyć sobie leginsy...

i zrobić coś śmiesznego. Fot. Mama.

Mama podróżniczka! 

Nasze 3,5 dnia w Puerto Rico wykorzystałyśmy w miarę naszych możliwości. Puerto Rico jest przepiękną wyspą, która jest bogata zarówno w zabytki jak i kulturę oraz niesamowitą florę. Pomieszanie hiszpańskiego z angielskim daje wrażenie, że wszyscy są bardziej przyjaźni. Wyjazd pomimo końcowego osłabienia uważam, za wspaniały. Po siedemnastu miesiącach w Ameryce miałam przy sobie Mamę tylko dla siebie, na żywo. Byłyśmy na wspólnych wakacjach, tak jak mamy to w zwyczaju robić, gdy jestem w Polsce. Mama okazała się idealnym travel buddy, bo zgadzała się na każdy mój pomysł i nie miała, żadnego problemu z pójściem do baru zobaczyć prawdziwą salsę, czy chodzi po dżungli. Miałam też ogromną motywację, by mieć chociaż zarys planu na każdy dzień i wspólnie odkrywać nieznane.