Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trek. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 listopada 2018

Kanion Antylopy, Horseshoe Bend, Zion Park

Wróciłyśmy do naszych starych planów i na trasę. Kolejnym punktem był Kanion Antylopy zwany również Kanionem Korkociągu.  W czasie jazdy, gdy Joline prowadziła samochód analizowałam, którą dokładnie część kanionu chcemy zobaczyć, górną czy dolną. Różnica jest taka, że w dolna część jest dłuższa i żeby się do niej dostać oraz z niej wydostać należy użyć drabin i schodów. Górna część kanionu znajduje się na jednym poziomie i jej zwiedzanie poprzedza przejazd samochodem wycieczkowym. Wybrałyśmy dolną, ponieważ bilety kosztowały mniej, a całość zwiedzania trwała około godziny. Pamiętam, jak tym razem los się do nas uśmiechnął i wiele rzeczy się powiodło. Po pierwsze zachowałyśmy bilet z Doliny Pomników - nie musiałyśmy ponownie płacić $10 za wjazd na teren rezerwatu plemienia Nawho, po drugie  udało nam się załapać do grupy zaczynającej trasę za 5 minut. Ledwie zdążyłyśmy skorzystać z toalety i już nasza wycieczka ruszała.

Nasz przewodnik, który tak bardzo znał teren, że chodził tyłem... Ja potykałam się idąc normalnie. Ok, w miastach na równych chodnikach też się potykam. 
Do pokonania było trochę schodów. Do wydostania się kilka drabin.
Nasz przewodnik dał nam kilka fotograficznych wskazówek, ale nie był tak pomocny jak przewodnik innej grupy...

To chyba moje ulubione zdjęcie, które zrobiłam Joline.

Chce tam wrócić!

Przewodnik wcześniejszej grupy zrobił nam to zdjęcie - nasz nie miał takiej wizji.

Przewodnik wychodzi ostatni. 
Kanion Antylopy jest przepiękny. Nie zdawałam sobie sprawy, że piasek może robić takie wrażenie. Natura jest niesamowita!


"Muszę zrobić zdjęcia tej roślinności".

"Jakie to ładne!"
Nie zupełnie na naszej trasie, ale zaledwie 15 minut jazdy od Kanionu Antylopy znajduje się Horseshoe Bend. Zjawiskowy punkt obowiązkowy.

15 min spacerku... 
Kanion rzeki Kolorado ma 300 m głębokości.  Jest bardzo popularną atrakcją, ponieważ łatwo się do niego dostać, w nawigacji wystarczy wpisać Horseshoe. Widoki są zdumiewające.

... i już był cel. 

Grupy au pair są świetnym źródłem wymiany informacji. Kiedyś pomagałam komuś z planowaniem Alaski, a później ta osoba doradziła mi co koniecznie muszę na Zachodnim Wybrzeżu. Podesłała też kilka zdjęć. Najbardziej zachwyciły mnie zdjęcia z Zion Park w Utah. Z polecenia wybrałyśmy Angels Landing (Podest Aniołów).


Parki w USA posiadają wiele tablic informacyjnych.

Roślinność w parku jest bardzo zróżnicowana. Widziałyśmy pięknie kwitnące sukulenty, a także rośliny znane mi z polskich gór. 



Do szczytu prowadziła droga przyjemna dla wszystkich. Później szlak okazał się trudniejszy niż się spodziewałyśmy. Czułam się świetnie, oprócz spaceru była jeszcze wspinaczka z łańcuchami. 

W szóstym lub siódmym odcinku nowego sezony "Grey's anatomy" dr Link opowiada o adrenalinie podczas wspinania się szlakiem Angeles Landing. 

Łańcuch nie są straszne, gdy idzie się samemu. Znacznie mniej pewnie czułam się w drodze powrotne. Gdy ludzie byli po obu stronach łańcucha i były kolejki w bardziej strategicznych miejscach. 

Moja klasyczna górska fotografia.

Pięknie i monumentalnie.
Joline była przerażona. Tłumaczyła się, że ma złe buty (jakieś "sportowe", a nie treki), ponieważ ich nie potrzebuje. W Belgii nie ma gór, więc buty górskie są jej zbędne.  

Wcale nie najdroższe, ale dla mnie najbliższe. Ukochane treki. Widok po lewej stronie.


Widok po prawej stronie. 

Na szczycie zaręczyła się jakaś para Amerykanów, były wiwaty i oklaski. Dziewczyna się zgodziła. Schodząc pogratulowałam zakochanym, bo była to bardzo urocza scena. Razem z Joline zastanawiałyśmy się jak ta dziewczyna, której trzęsły się ręce i głos, gdy mówiła "I do!", zejdzie trzymając się łańcuchów.   


Byłyśmy bardzo dumne z naszego wejścia. 

Kolejnym punktem naszej wycieczki było Las Vegas. W drodze do tego miasta minęłyśmy międzyinnymi małe Western Town.


Przejeżdżałyśmy również koło zapory Hoovera, przy której zatrzymałyśmy się na zrobienie kilku zdjęć. Tama jest położona na rzece Kolorado, na granicy Arizony i Nevady.

Zapora Hoovera
Noclegi w Las Vegas są bardzo tanie. Ludzie w tym mieście wydają pieniądze w zupełnie inny sposób. My trafiłyśmy do hotelu z basenem i jacuzzi. Po tylu dniach w podróży z przyjemnością poleniuchowałyśmy odrobię na leżakach i odprężyłyśmy ciała w jacuzi.

Część wypoczynkowa. 
Po chwili odpoczynku, ogarnęłyśmy się i ruszyłyśmy do centrum. To wyjście było jedyną okazją w której założenie sukienek było adekwatne. W końcu to stolica życia nocnego w USA!

Jedyny makijaż na który poświęciłyśmy więcej niż 10 minut. 
W Vegas zjadłyśmy największy podczas naszych wojaży. Obiad z trzema deserami i czterema mimosami (drink z szampana i soku pomarańczowego) w bufecie bez ograniczeń. Ociężałe poszyłyśmy na bardzo długi spacer.

Cesar Palace
 Nie pochłonęła mnie żadna z maszyn do wygrywania/wydawania pieniędzy, więc przegrałam tam może z $5. Musiałam... 

Kasyna.
 Jednym z koniecznych do zobaczenia była fontanna z muzyczną aranżacją.   Ładnie, ale to nie to co pokazy specjale fontanny multimedialnej na wrocławskiej pergoli..


...

Światowa Stolica Rozrywki była dla mnie nieciekawa. Strip czyli najpopularniejsza ulica z mniejszymi wersjami znanych budowli typu Statua Wolności, czy Wieża Eiffla wypada tandetnie. Kasyna są pełne głównie starszych ludzi. W mieście wyraźnie widać panów będących na wieczorach kawalerskich. My nie byłyśmy na żadnej imprezie, bo byłyśmy zbyt zmęczone i wiedziałyśmy, że potrzebujemy regeneracji. Z prawie trzeźwiej perspektywy (mimosy się prawie nie liczą) w tym mieście nie było nic interesującego... słynny znak zobaczyłyśmy dopiero podczas wyjeżdżania z miasta. Do zdjęcia była około pietnastominutowa kolejka, którą kierował pan fotograf. Brał aparaty od turystów i robił profesjonalne zdjęcia z opłatą co łaska. Niestety w moim przypadku były robione aparatem mojej travel buddy i nigdy później już ich nie widziałam...

Selfie, bo te naprawdę fajne zdjęcia zostały na aparacie Joline. 

Wielka Pustynia Słona to obszar częściowo w stanie Utah oraz w Nevadzie. Na wjeździe są ostrzeżenia o tym, że należy mieć zatankowany samochód, ponieważ przy temperaturze tam panującej jest większe spalanie. Byłyśmy tam w połowie maja, a temperatura była około 30 stopni Celcjusza, w pełnym słońcu i na tym terenie przypuszczam, że odczuwalna była bliska 40 stopni. Roczna wysokość opadów to 2 cm, powierzchnia to ponad 10 tys. km. 



Przejechałyśmy przez pustynie wychodząc z auta maksymalnie 3 razy. Podczas wyjścia do zrobienia poniższego zdjęcia usłyszałam ".... Ania". Ponownie trafiłam na tych samych ludzi co w obserwatorium Griffin (tutaj info o pierwszym spotkaniu). 


Droga przez słoną pustynię strasznie się dłużyła. Nie było ciekawych widoków, żadnej roślinności, żadnych samochodów.  

Cdn...

czwartek, 22 września 2016

Na środku niczego, kanu, wspinaczka lodowcowa, pożegnania.

Siódmego dnia naszej wyprawy mieliśmy do przejechania zaledwie 162 mile (243 km), a pokonaliśmy w około 4,5 godziny. Jak na szybkość poruszania się samochodem w Stanach to bardzo długo... To wszystko przez to, że większość trasy była jak na zdjęciu poniżej. Drogą na środku niczego. Otoczona tylko niskopienną roślinnością z widokiem na góry.  

Van, nasz prawie dom.

Jedna z przerw na zdjęcia z mostu z bardzo malowniczym krajobrazem.

Selfie!
Gdy już dotarliśmy do miejsca naszego noclegu  McLaren River Lodge byłam zachwycona. To miejsce było na naszej trasie po środku niczego. A raczej pośrodku kwintesencji Alaski - góry, rzeki, bardzo mało ludzi, brak zasięgu mojej sieci komórkowej (stały element wyjazdu), bardzo słabe wifi (mi się nawet nie udało z nim połączyć). Cudownie!

Takie piękne widoki z mojego pokoju.

W barze i restauracji wisiała mapa świata. Uwielbiam takie pomysły na pozostawienie po sobie śladu. Każdy podróżnik, będący tam mógł wbić szpilkę w miejsce z którego pochodzi. Dotrzeć tam wcale nie jest tak łatwo. Dla mnie z Waszyngtonu było to około 4 200 mil (6 300 kilometrów), a z mojego rodzinnego Leszna... o 4 632 mile  (6 949 kilometrów w lini prostej) więcej. W tym momencie pisząc ten post, uświadomiłam sobie jak daleko od domu byłam... 13 249 kilometrów. Wiedziałam, że między Alaskę i Polskę dzieli 10 godzin różnicy czasu, ale nie miałam pojęcia jakie są to odległości. Potwierdza to tylko moją teorię o końcach świata. Według niej jednym z nich jest właśnie Alaska (większość Amerykanów ma do niej daleko), a drugim jest Australia, bo prawie wszędzie jest z niej do przebycia pół świata. O innych końcach świata nie mam jeszcze teorii.  

Mapa świata skąd pochodzą goście.

Byłam bardzo podekscytowana, ponieważ moja fioletowa szpilka była trzecią wbitą na terenie Polski. TRZECIĄ!
 Fot. Harman.

Przybita mniej-więcej w Lesznie, aż mi się ręce trzęsły. Mam nadzieje, że geografowie wybaczą mi to mniej-więcej.
Bardzo podobało mi się zagospodarowanie przestrzeni wspólnej w tym miejscu. Oprócz części restauracyjnej, był także bar ze stołem bilardowym,  kącik telewizyjny z dwoma wielkimi sofami, mięciutkim dywanem i poduszkami, całe dwa regały książek i filmów, mini wystawa tego co można kupić oraz pare zabytkowych eksponatów. Pomimo, że na środku niczego jest to perfekcyjna lokalizacja do spędzenia paru dni na łonie natury z mnóstwem możliwości różnych rozrywek. Co najważniejsze bez Internetu. 

Mały skansen.
Przed kolacją graliśmy w Banana Grams. A po posiłku udaliśmy się na spływ rzeką łódkami zwanymi kanu. Jak czekałam na resztę dziewczyn rozmawiałam z Mikem, który tam pracował. Jest bardzo szczęśliwym i spostrzegawczym człowiekiem.  Zgadł, że jestem z Polski... Powiedział, że świadczą o tym moje jasne włosy, niebieskie oczy i rumiane policzki.

Takie byłyśmy zadowolone!  Fot. Clayton
Kanu zapakowane na motorówce i Mike.
Mike płynie po chłopaków.
Na środku niczego. Pomysł i fot. Helena.

Nasz lider Clayton. 

Gdy już chłopaki dopłynęli do nas motorówką, była nas nieparzysta liczba osób, więc ja byłam Kleopatrą, siedziałam i wspierałam dobrym słowem wszystkich dookoła.  Podczas naszego spływu przeprowadziliśmy z Kelly'm (Australia) i Heleną (Niemcy) niezwykle interesującą konwersację o systemie edukacji w naszych rodzinnych krajach w porównaniu z tym, co obserwuje w Stanach.

Najlepsza miejscówka! Fot. Helena.
Najbardziej urokliwymi momentami tego spływu były spotkania z bobrami.  Było ich bardzo dużo. Świetnie było je oglądać w ich naturalnym środowisku. Widzieliśmy jak wskakują do wody, pływają, machają ogonem, żują korzenie przy brzegu...  Niestety końcówkę spływu trochę zmokliśmy, bo zaczęło padać.

Bóbr!
Po wypiciu gorącej czekolady, zmieniliśmy trunki i graliśmy w grę odnalezioną na półce między filmami. Cards Against Humanity, czyli Karty Przeciwko Ludzkości to Apples to apples w wersji dla dorosłych. Gra polegająca na dobieraniu karty, która najbardziej podpasuje osobie będącej sędzią do jej "głównej" karty w danej rundzie (To nie jest tak skomplikowane jak zabrzmiało). Karty Przeciwko Ludzkości są tylko dla dorosłych, z ogromnym dystansem do siebie oraz znających się już troszeczkę. Oczywiście uczyłam się nowych słówek (jak przez cały wyjazd!), ale przez i dzięki temu, że nie miałam internetu zdana byłam na pomoc Laury.



Oczywiście jaką kartę musiała wylosować jedna Polka w towarzystwie: "Inwazja/najazd Polski".

Wybrałam mniejszą porcję naleśników, a i tak była przeogromna. Ważniejsze jest tło!
Zostawiłam też swojego dolara. Jak wrócę po latach chcę, go tam odnaleźć. A może ktoś z Was to zrobi? Wisi nad mapą. 




Następnego dnia do pokonania mieliśmy 250 mil (375 kilometrów), potrzebowaliśmy na to około 7 godzin.  Ponieważ kontynuowaliśmy drogę pośrodku niczego.
Niezwykle malownicza trasa.



Rzeka, lasy i góry.

I most.
Ten dzień był specjalnym dniem dla Nikki, bo były to jej dziewiętnaste urodziny. W prezencie od całej grupy dostała Starbucks'owy kubek z Alaską (Każdy stan ma swoją wersję kubka. Tak jak nie przepadam za Starbucksem, tak gdyby nie problemy bagażowe mogłabym mieć całą kolekcję kubków z miejsc w których byłam, bo są po prostu ładne.), kartkę i misia - Ranger Rob. Clayton jako wspaniały lider upiekł urodzinowe babeczki! 

Birthday girl & Ranger Rob strzegą Alaski.
 Ostatnie dwie noce spędziliśmy w miasteczku McCarthny... nie można dojechać samochodem.  Van został na parkingu, a my z najpotrzebniejszymi rzeczami w plecakach przeszliśmy przez kładkę i ponownie odcięliśmy się od świata.

Kładka do McCarthny.
Łóżko Nikki i jej prezent.

W miasteczku znajdują się dwie restauracje, hotel, hostel oraz może ze cztery domy.
Downtown McCarthny. 

Nie narzekaliśmy na brak rozrywki, ponieważ udało nam się trafić na koncert wokalistki z Nashville. Graliśmy w Banana Grams oraz kości. Zapomniałam wspomnieć, że w Denali Clayton nauczył nas grać w chińskie kości. Jest to gra bez zwycięzców, tylko z przegranymi.  Na początku jeszcze w Denali opornie szło mi złapanie zasad, ale potem się rozkręciłam. Mimo wszystko nawet nie podejmę tu próby wytłumaczenia reguł.

The Golden Saloon
Przedostatni dzień naszego wspólnego doświadczania Alaski był pochmurny (taki jak 70% wyjazdu) nie zniechęciło to nas do aktywności w plenerze. 

Jeden z domków.

Gdy dojeżdżaliśmy do punktu, w którym załatwialiśmy wszystkie formalności związane wchodzeniem na lodowiec przez naszą drogę przechodził niedźwiedź. Przechodził. Niedźwiedź. Miś. Kolejny zobaczony w warunkach naturalnych, bardzo, bardzo blisko nas. Byłam w szoku. Znowu na szczęście byliśmy w vanie (specjalnym, kursującym tylko na jednej trasie).

Miasteczko duchów, dawniej miejsce poszukiwania i wydobywania złota.

Nikki, Laura, Helena, Harman i ja postawiliśmy na ice climbing, czyli wspinaczkę lodową.  Pozostali wybrali tylko wędrówkę po lodowcu.  Podpisaliśmy dokumenty, bo to przecież sport ekstremalny i  mieliśmy to robić na własne ryzyko. Dostaliśmy specjalne buty, raki oraz spodnie przeciwdeszczowe i ruszyliśmy na szlak.


Ekwipunek przygotowany do wspinaczki. Liny, raki i czekany.
Napięcie rośnie z każdym krokiem.
Nigdy wcześniej nie chodziłam po lodowcu (Śnieżnik w styczniu z Ulą był tylko zaśnieżony!), nigdy nie miałam tak profesjonalnego sprzętu i krótkiego instruktażu jak się w nim poruszać. Ostatnie wspinanie się na ściance wspominam z dzieciństwa i wiem, że przez słabe ręce nie polubiłam tego sportu. A co dopiero wspinaczka lodowcowa... Po raz kolejny na tym wyjeździe robiłam coś po raz pierwszy.

Krajobraz lodowcowy.

Pięknie!

Na lodowcu jest super!

Dziura z krystalicznie czystą wodą, z której robiliśmy herbaty i gorącą czekoladę.

Nasza pierwsza ściana miała około 18 metrów. Do wspinania zgłosiłam się jako trzecia. Osoby przede mną miały trudności z dotarciem na samą górę. Byłam  tym trochę przestraszona, bo jak im się nie udało, to co dopiero mi... Początek był trudny,  ale wskazówki naszego instruktora były niezwykle trafne. Starałam się za nimi podążać: nie wbijać czekanów za głęboko, robić z siebie X, nie podciągać się na rękach, tylko małymi kroczkami piąć się coraz wyżej. W połowie ściany usłyszałam od instruktora "Zaufaj swoim stopom.", odkrzyknęłam "Teraz to ufam tobie!". Oczywiście cała drużyna z dołu mi kibicowała... i się udało. Byłam z siebie bardzo, bardzo dumna.

Adrenalina + satysfakcja = ogromne zadowolenie.

Z racji tego, że pierwsza weszłam na samą górę nie bardzo wiedziałam co mam robić, więc spytałam. Miałam tylko przybrać pozę do zdjęcia i zsunąć się na dół. A to w tym wszystkim było najłatwiejsze. Już po mnie pozostałym osobom też udało się wejść, w drugiej turze weszli już wszyscy. Zauważyłam po sobie, że drugie wejście poszło mi znacznie sprawniej, ale też zaczęłam popełniać małe błędy. 

Fot. Harman.

Nikki w akcji. Skala ściany w stosunku do człowieka. 

Panda Wanda na Alasce. Pierwszy raz ubrana w sierpniu! Na tle zdobytej ścianki.

Przemijanie?

Naszym późniejszym wyzwaniem było wspinanie się z dziury do której najpierw trzeba było zejść. Pierwsza była Nikki, po niej zgłosiłam się ja. Schodzenie w dół jak wspomniałam wcześniej nie jest takie trudne. Miałam ambicję zjeść nisko, żeby się dużo wspinać. Nasz instruktor asekurował nas znajdując się na górze. Jak tak powoli się opuszczałam byłam przerażona. Nie pamiętam, kiedy czułam coś podobnego. W momencie, w którym przestałam widzieć instruktora od razu krzyknęłam STOP, co było znakiem, że to z tego punku będę się wspinać. Upuściłam jeden z czekanów... na szczęście był do mnie przywiązany, ale i tak bardzo trudno było mi chwycić ponownie. Byłam zdana tylko na siebie. Ta ściana była o wiele bardziej wymagająca. Początek już jak trzymałam oba czekany, był bardzo złożony. Musiałam wbić odpowiednio raki, żeby móc "stanąć" i poczuć się odrobinę pewniej, a po następnie czekany. Tam lód był bardzo twardy, więc wbijanie się sprzętem sprawiało wiele trudności. 

Jak już dotarłam bezpieczna i szczęśliwa na górę byłam zachwycona, bardzo podekscytowana, ale także trochę zawiedziona. Żałowałam, że nie zeszłam głębiej. Z perspektywy czasu myślę, że wystarczająco wyszłam ze swojej strefy komfortu i jak na pierwszy raz to duże osiągnięcie.. Cała nasza grupa zeszła mniej więcej na tą samą wysokość.
Początek był najtrudniejszy. Fot i poniższe. Helena.

50 metrów w dół.. może i więcej, ale nie jest to zbadane. Fot. Nikki, GoPro.

Super poza na lodowcu! Australijsko-polska przyjaźń. (fot. Laura)



We did it! Zrobiliśmy to!
Ostatni wieczór w pełnym gronie spędziliśmy na rozmowach i grach oczywiście. Wszyscy byli zmęczeni, bo był to dla nas dzień pełen wrażeń.  

Droga powrotna do Anchorage  trwała około 10 godziny, a było to tylko 310 mil (460 kilometrów). Zajęłam miejsce przy Claytonie, żeby cieszyć się ostatnimi widokami z przedniego siedzenia.

Na Alasce tak jak w Kanadzie istnieją dwie pory roku, zima i roboty drogowe.

Fall/autumn is coming.
Nasza mała międzynarodowa rodzina. Ostatnie zdjęcie na trasie w komplecie.

Trudno mi było wysiąść z Vana, wiedząc, że następnego dnia do niego nie wsiądę i nie będę w gronie tych wspaniałych ludzi, z którymi spędziłam wcześniejsze 10 dni. Nie spodziewałam się po sobie, że tak szybko przywiążę się do moich międzynarodowych przyjaciół, że tyle się o sobie dowiemy, będziemy mieli tyle przygód, dowcipów. Przed wyjazdem wiedziałam tylko, że moja grupa będzie maksymalnie czternastoosobowa, w przedziale wiekowym 18-35. Jeszcze wieczór przed wyjazdem w rozmowie z hostami, mówiłam coś w stylu, że wśród czternastu osób na pewno zaprzyjaźnię się z conajmiej jedną osobą. A ja zyskałam całą paczkę nowych przyjaciół. Myślę, że nasza dziewiątka tworzyła całkiem zgrany zespół.  

Na szczęście po pożegnaniu z Vanem, miałam jeszcze 7 godzin w Anchorage do wylotu. Do swojego hotelu przygarnęła mnie Laura. Tam się ogarnęłyśmy, ja się przepakowałam i razem dzieliłyśmy smutek zakończonej przygody. Większość grupy została w Anchorage na dłużej, więc byliśmy na ostatniej wspólnej kolacji. Tego wieczoru nie graliśmy w żadną grę, a tylko cieszyliśmy się swoimi towarzystwem. Było szalenie! Ja jak Kopciuszek musiałam opuścić towarzystwo o północy i zmierzać w kierunku lotniska. Wszystkich poprzytulałam, dostałam family hug (rodzinny uścisk) i poszłam. Miałam łzy w oczach. Na lotnisku jak siedziałam sama potrzebowałam rozmowy. Uwielbiam lotniskowe darmowe wifi i Darię, nie miała środka nocy i jadła śniadanie wysłuchując jak trudno opusza mi się Alaskę. 

Ostatni wieczór w mieście. Fot. Helena
Pocztówki z Seattle.
Przylot do Seattle.
Wylot z Seattle.
Zakochałam się w Alasce z wielu powodów. Alaska jest miejscem zupełnie inne niż każde, które do tej pory odwiedziłam. Jest przepiękna, nieokiełznana, pusta. Jestem pod wrażeniem tego, że ludzie, których tam spotykałam wszyscy byli szczęśliwi. Moja hostka z couchsurfingu, panie z serwisu podczas rejsu, każdy barman czy kelnerka, Anna z Denali, Mike od kanu, a nawet kasjerzy w marketach. A my turyści wyrwani od swoich codzienności należeliśmy do tej grupy szczęśliwców i byliśmy chyba najbardziej szczęśliwi. Przez cały wyjazd nie wierzyłam w to, że tam jestem i starałam się czerpać w pełni z czasu jaki tam spędziłam. Po sezonie wakacyjnym i dużo większej ilości pracy z chłopcami, naprawdę potrzebowałam takiego wypoczynku. Co ciekawe na Alasce nie spotkaliśmy zbyt wielu dzieci, a to dla au pair na wakacjach ogromny atut! Łącznie nasza objazdówka miała około 1600 mil (2400 kilometrów) vanem pełnym dobrej energii.

Dużo z moich znajomych było zaskoczonych tym, że zamiast do Kalifornii albo Miami (przecież już tam byłam!) pojechałam na Alaskę. Zamiast letnich sukienek i plaży moją codziennością była kurtka przeciwdeszczowa jak druga skóra i góry. Jestem pewna, że mój wybór był dla mnie najlepszy.

Alaskę polecam wszystkim! Ja z pewnością tam wrócę! 

"Dla miłośników dziczy Alaska jest jednym z najpiękniejszych krajów na świecie." John Muir

Finally something in English. First thank to my host parents, whose help me with this trip.
My the best international friends thank you for this 10 amazing days! I'm so happy, that I met you in this beautiful and wild place. Laura, I really enjoyed that you know Russian, so I could use some Polish words and you always understood me. Nikki thank you for every our talks before bed time and really good playlist in van. Helena your determination when we were team in Banana Grams was awesome! I'm sorry that I wasn't good player! (And I  like nuts!) Kelly/Kale you saved my phone a lot of times and I could take more pictures.  You are the best generator good energy in Alaska. (It is unbelievable, you live in the same city like my Australian part of family). John you are our Joke  (Joe) King.  Harman we felt safe with you! Arnie  thank you for many pictures, which I posted here. I like your Yokon Bar question!  Clayton thank you for took care of us  and everything what you did for us.  I had more fun that I had expected! Alaska trek with you it was my the best Alaska trek.
Dear friends, thank you so much!
I love that we are still having got never-ending conversation.
See you in the future. I hope that in Alaska again (I book date in my calendar!), but maybe somewhere closer to east coast in the USA, somewhere in Europe and  Poland when I will be there.
I miss you!

Przed pożegnaniem.  Zdjęcie dostał Clayton, żeby o nas pamiętać.
Arnie, Harman, Clayton, Helena, Nikki, Ranger Rob, Kelly, Laura, wiankmarianki, John.
Fot. przypadkowa pani Azjatka, którą wyciągnęłam z lobby tylko po to by zrobiła to zdjęcie.