Translate

sobota, 17 września 2016

Najpiękniejsza wędrówka, życie nocne oraz dzikie i niedzikie zwierzęta, magic bus


Po przejechaniu 170 mil (255 km) byliśmy w parku narodowym Kenai Fjords. Nasz lider wieczór wcześniej zapowiedział nam, że mamy być przygotowani do ruszenia na szlak zaraz po wyjściu z vana. Zrobiliśmy i zapakowaliśmy nasze lunche i wyruszyliśmy. Wiedzieliśmy, że tym razem nie będzie to spacer. Clayton zapowiedział nam 4 godziny wędrówki w jedną stronę...

Już przy Visitor Centre, na samym początku szlaku mijaliśmy tablice z datami rocznymi. Ich zadaniem było ukazanie w którym roku jak daleko sięgał lodowiec i jak się zmniejsza. 

Gimnastyka? Z Harmanem. Fot. Arnie.

Po lewej lodowiec, po prawej widać jak działają na mnie endorfiny. Fot. selfie Arnie.


Fot. Arnie.

Moja drużyna z którą pokonaliśmy drogę w zaledwie 2,5 godziny. Ja, Arnie, Kelly i Helena.



Jest super, jest pięknie! Polecam! Fot. Arnie.
Dzięki temu, że wszyscy uwielbiamy zdjęcia, to jest ich bardzo dużo. Na kadrach z tej trasy doskonale widać to jak zmieniała się temperatura, którą odczuwaliśmy i ile radości sprawiało nam wspólna wspinaczka w tak pięknych okolicznościach natury.

Arnie i krajobraz z Star Wars. Moja fotografia artystyczna.

Gdy dotarliśmy na najwyższy i najbliższy lodowcowi punkt było nam zimno. Chłód nadciągał z lodowców, które były niemalże na wyciągnięcie ręki. 


Na tle lodowca o nazwie Exit. Fot. Kelly.

Fot. Arnie samowyzwalacz.

Zachwyt nad pięknem chwili. Fot. samowyzwalacz Arnie.
Jako pierwsi z naszej grupy byliśmy na szczycie, więc mieliśmy bardzo dużo czasu na podziwianie uroków tego miejsca. A także na przeróżnego rodzaju fotografie. Poniższe zdjęcie jest jednym z tysiąca, które zrobiliśmy próbując dopasować się czasowo z samowyzwalaczem oraz  by sprawić chociaż pozory tego, że wszyscy jesteśmy w powietrzu. W skakaniu, tak jak w siatkówce nie jesteśmy najlepsi... Podczas tych prób popłakałam się ze śmiechu, wszystko trwało tak długo, że dołączyła do nas Nikki. Chwilę później Laura, a gdy zmieniliśmy punkt sesji fotograficznej był już z nami Harman.

No to hop! Fot. samowyzwalacz Arnie.

Tu byłam, kolonizacja Alaski (dowcip chłopaków). Fot. Arnie.

Dziewczęca część drużyny.  Fot. Arnie.
Selfie całej zgrai, która dotarła na szczyt.

Usłyszałam "Ty jesteś bardzo selfie dziewczyną... ale dzięki temu wszyscy jesteśmy na zdjęciach...".  Fot. Arnie.


Droga powrotna. Znajdź flagę. Fot. Arnie.
Gdy tak szłam z flagą (wyjątkowo nie kwiatami) we włosach mijałam różnych ludzi i według górskiej tradycji wszystkim mówiłam hi, czy hello. Ciekawe, że ta tradycja (bardziej popularna na tych mniej uczęszczanych szlakach) ma swoje racjonalne wytłumaczenie, którym jest to, że witając się na szlaku patrzysz na twarz mijanej osoby. W razie jej lub Twojego zaginięcia, możecie się nawzajem identyfikować i pomagać w ten sposób w ewentualnych poszukiwaniach. Mijałam się z dwójką chłopaków, już się do nich uśmiecham, chcę mówić hello, ale nie zdążyłam, bo usłyszałam  czystą polszczyzną "Cześć!". Byłam ogromnie zaskoczona tym spotkaniem z rodakami na takim końcu świata jakim jest Alaska. Tak jak w Chicago było to normalne (bo to drugie największe polskie miasto zaraz po Warszawie), w DC czasami się zdarza kogoś spotkać (w 90% to inne au pair), ale w życiu nie przypuszczałabym, że spotkam kogoś z Polski na Alasce... Populacja tego stanu  to 736 732 (Dane z 2014,  źródło United States Census Bureau). Dla porównania populacja Krakowa 761873 (Źródło: http://stat.gov.pl/files/gfx/portalinformacyjny/pl/defaultaktualnosci/5468/7/12/1/powierzchnia_i_ludnosc.pdf ). Porozmawialiśmy chwilę o tym skąd jesteśmy i co my tam robimy, ale nawet nie poznaliśmy swoich imion. Dobrze było spotkać swoich ludzi (bo tu w Stanach, dla mnie "wszyscy Polacy to jedna rodzina), w takim miejscu! 


W drodze powrotnej, gdy nikt na mnie nie czekał pochłonęła mnie fotografia przyrodnicza.

Lodowce są piękne!

Roślinność górska.

Zjeżdżanie na nie-sakach. Obiecałam sobie to zrobić w drodze powrotnej... 

I tak zjeżdżałam. Zdjęcia robił Kelly, obserwowały to Laura i Nikki. (Gif)
Pierwszy raz bawiłam się w śniegu w sierpniu, bo oczywiście nie obyło się bez malutkiej bitwy na śnieżki. Pierwszy raz zjeżdżałam na bez sanek tylko na kurtce (na szczęcie ma długość płaszcza), w sąsiedztwie lodowca, w sierpniu... Dla mnie to jedna z tych rzeczy, które pojawiają się na bucket list (liście rzeczy do zrobienia w życiu) po tym jak się je wykona. W tym zjawisku mistrzynią jest Julka, którą poznałam na Wiankach w DC, zaczynała wtedy swój travel month. Tańczyłyśmy poloneza w białych szatach i wiankach na głowie pod pomnikiem Lincolna z widokiem na Washington Monument. A chwile wcześniej pod tym monumentem zrobiłyśmy performance i zatańczyłyśmy macarenę na Festiwalu Jedzenia. Myślę, że tego dnia byłyśmy bohaterkami wielu snapchatów. 

Takie piękne światło! 
Van czekał na nas na tym parkingu.
Moja pożywna  wegetariańska kolacja. Food porn.

Naszą bazą był bardzo uroczy hostel w miasteczku Seward. Tego wieczoru pomimo zmęczenia, jako jedyna z dziewczyny wybrałam się z chłopakami do pubu o nazwie Yukon Bar. Jak zwykła mawiać moja mama Integracja to jedno z moich imion, więc nie mogłam odpuścić takiej okazji do integracji!
Co wtorek w tym barze jest otwarta scena dla bardzo różnych artystów. Byli piosenkarze i gitarzyści, którzy mogli pochwalić się bardzo dobrym głosem i piosenkami. Swoją twórczość przedstawiła poetka, która odczytała swój wiersz. A także człowiek grający na ukulele, którego występ przetrwaliśmy tylko dzięki wyobrażaniu sobie śpiewających mupetów... To był świetny wieczór, w którym bardzo dużo rozmawialiśmy, poszerzaliśmy wiedzę na swój temat i bawiliśmy się wspaniale. Nawet tańczyłam... nie sama, a z Claytonem, który okazał się doskonałym tancerzem!


Bardzo klimatyczne miejsce, z całym sufitem w dolarach.
Selfie z nowymi znajomymi, sympatyczną parą.
Graliśmy drużynowo w bilard. Byłam najsłabszym ogniwem tych rozgrywek, było bardzo dużo śmiechu!
Kolejnego dnia udaliśmy się na 7,5 godzinny rejs statkiem... Tak, 7,5 godziny to dużo. Widoczność była słaba ponieważ była burza i mgła.



Port.
Test spostrzegawczości- znajdź wydrę.



Głównymi atrakcjami rejsu były lodowce do których podpływaliśmy bardzo, bardzo blisko.  Byłam zdziwiona tym, że są niebieskie.


Oczywiście nasze zdjęcie... tak mam dwa szaliki.
Podczas tego rejsu widzieliśmy wydrę, lwy morskie, foki pospolite, a nawet grzbiet orki (kilka razy). Niestety warunki bardzo nam nie sprzyjały, a mój sprzęt fotograficzny iPhone i polaroid nie sprawdzały się na statku. Strasznie się bałam, że telefon wypadnie mi z rąk i się utopi..

Nasza wycieczka trwała bardzo długo, więc oczywiście zdrzemnęłam się troszeczkę (jak większość mojej grupy i innych ludzi na statku). W cenie tego rejsu mieliśmy także posiłek dla mnie był to ryż z warzywami i sałatka (dla mięsożerców dodatkowo wędzony łosoś i jakieś inne mięso). Na zakończenie dostaliśmy jeszcze sernik i brownie oraz mieszankę owoców. 

Do załogi statku oprócz kapitana, kucharzy i przewodnika- opowiadał gdzie jesteśmy i co powinniśmy widzieć, należały panie, które pomagały w serwowaniu posiłków oraz sprawdzały stan zdrowia pasażerów (i podawały woreczki, chusteczki, wodę). Nigdy nie miałam choroby morskiej, ale przed wejściem na statek zapobiegawczo tak jak całą grupa przyjęłam tabletki, które miały pomóc w przetrwaniu rejsu w dobrym samopoczuciu... Przy tych warunkach atmosferycznych w momencie największych fal, cała moja grupa siedziała na zewnątrz w miejscu, które było najbardziej stabilne na tym statku. Bardzo byłam zdziwiona, gdy panie z serwisu pod koniec rejsu dziękowały za to, że dzięki nam turystom nie muszą iść do normalnej pracy. Wcześniej zastanawiałam się (tak jak Laura) czy one chociaż trochę lubią swoją pracę...

Następnego dnia nasza podróż trwała około 9 godziny (400 m = 600 km). Z Seward dojechaliśmy do Parku Narodowego Denali. Dotarliśmy do miejsca zamieszkiwanego przez psy zaprzęgowe. Gdy się tam pojawiliśmy były bardzo leniwe, spokojne oraz przyjaźnie nastawione. 

Psie rytuały.
Piękne!
  
Większość psów była dostępna do głaskania. Ja i Harman. Fot. Arnie.
O pełnej godzinie 4 popołudniu odbył się pokaz. Gdy tylko Strażniki Parku zaczął swoją prezentację zwierzaki bardzo się pobudziły i wręcz zaczęły szaleć. Każdy chciał zostać wybrany do zaprzęgu.

Ranger Rob (tłum. leśniczy, strażnik parku narodowego) i pies. Fot. Arnie.
Wersja letnia "sań" na potrzeby prezentacji. Fot. Arnie.

Sanie, które były używane zimą.
W tym miejscu były i są przeurocze szczeniaczki, które urodziły się w lipcu. Możliwość oglądania ich na żywo znajduje się tutaj https://www.nps.gov/dena/learn/photosmultimedia/webcams-pups.htm

Po tym tym widowisku udaliśmy się na szlak. Naszym celem były jeziorka.

We love selfie stick!

Zdjęć robiłam niewiele ponieważ mój telefon umarł... tylko się rozładował.

Krajobraz był przepiękny.



Na tym szlaku pierwszy raz w życiu spotkałam bobry. Pierwszy obgryzał pień drzewa, a drugi (a może i ten sam) płyną w jeziorze przy którym szliśmy równolegle do nas. Spotkaliśmy się przy moście pod którym nie mógł przepłynąć, więc po prostu wyszedł z wody i przemaszerował przez naszą ścieżkę i za mostem znowu wskoczył do wody. Dla mnie był to niesamowity widok, gdyż nigdy wcześnie nie widziałam bobra spacerującego jakieś 2 metry ode mnie.

Drugi dzień w Denali, a szósty wyprawy spędziliśmy na wycieczce autobusowej trwającej 8 godzin. Potrzebowaliśmy 4 godzin na to by dostać się do Visitor Center (takie miejsca są wszędzie, pełnią funkcję informacyjno-edukacyjną). Na samym początku przy wjeździe do parku wszedł strażnik parku powiedzieć o zasadach tam panujących. Była to ta sama osoba, której dzień wcześniej słuchaliśmy... Ranger Rob. Zaczęliśmy żartować, że w tym ogromnym parku jest tylko jeden strażnik, albo jest tak dobry w swojej pracy, że ma klony... Na trasie mieliśmy kilka planowanych postoi na podziwianie krajobrazu  trzeciego największego parku narodowego w USA (24585km²) oraz toaletę. Dużo więcej przystanków mieliśmy związanych z zobaczeniem dzikiej zwierzyny.  Działało to tak, że gdy ktoś widział jakieś zwierze krzyczał na cały autobus STOP, a następnie podawał pozycje (zegarowe) i nazwę tego co tam się znajduje i tak przystawaliśmy w tym miejscu na parę minut, aby każdy mógł zobaczyć to zwierze.

Nasz środek transportu. 
Nasza pani kierowca Anna. Jej entuzjazm pokazywał jak bardzo lubi swoją pracę.

Zaraz na początku udało nam się trafić na niedźwiedzia. W jego naturalnym środowisku. Byłam oszołomiona tym, że dzieli nas zaledwie pare metrów, a on jak gdyby nigdy nic je jagody. Lubię niedźwiedzie, bo zazwyczaj są na diecie wegetariańskie. Tylko czasami zdarzy im się jakiś łosoś z rzeki. Byłam też bardzo szczęśliwa, że przy takiej bliskości niedźwiadka jestem bezpieczna w autobusie. 

Proszę państwa oto miś! Fot. Arnie.

Najczęściej spotykaliśmy renifery. W drodze powrotnej mieliśmy mały zakaz zatrzymywania autobusu na ich widok. 







W drodze powrotnej pomimo tego, że zajęłyśmy najlepsze miejsca zaraz przy kierowcy, razem z Laurą trochę sobie drzemałyśmy. To głównie przez to, że było tak miło, ciepło, a trasę i widoki już znałyśmy... Podobno pozostali pasażerowie też to robili. 

Fot. Arnie.
Naszą wieczorną atrakcją było wyjście do pubu, przy którym znajduje się autobus z filmu "Into the wild" (po polsku "Wszystko za życie"). Jest to replika autobusu, w którym żył Chris McCandless. Ten film był jednym z powodów dla których znalazłam się na Alasce... Natura! Z "Into the wild" mam problem ponieważ podoba mi się się w nim wiele jak zdjęcia, czy muzyka, ale nie lubię głównego bohatera za to jak postępował z rodziną. 

Prawdziwy autobus jest bardzo daleko i aby do niego zawędrować potrzebne są 3 dni i przeprawa przez rzekę.

Magic bus.





W środku są kopie zdjęcia i notatki Chrisa.



Za każdym razem spoglądając na flagę Alaski pierwszym wrażeniem było to, że to flaga Unii Europejskiej. 

Wieczór zaczęliśmy przy ognisku, ale długo tam nie wytrzymaliśmy. Mało kto lubi dym wpadający do oczu. Udaliśmy się do namiotu i nasz lider uczył nas gry Banan Grams. Grę określam jako przenośnie Scrabble, ale jest o wiele trudniejsza... szczególnie jeżeli gra się w nią w języku obcym. Graliśmy w zespołach, więc było łatwiej. Mimo wszystko bawiłam się świetnie.

Taka mała walizka, ale dałam radę. Smutna mina, bo to już po połowie wyjazdu. Fot. Laura.

Ostatnia część tej przygody już wkrótce!

sobota, 10 września 2016

Missisipi, dzika Alaska, Grizlly i Homer


Moja wycieczka na Alaskę była w pełni zorganizowana. musiałam tylko kupić bilety lotnicze, spakować się i pojawić się pod jednym z hoteli w Anchorage w niedziele o 7:30. Taką forma podróży była zachwycona Ania, która z tą sama firma była rok wcześniej rownież na Alasce, a podczas swojego travel month wybrała się z nimi na zachodnie wybrzeże. Na jednym z comiesięcznych spotkań z LCC (LCC to local childcare consultant, czyli osoba z agencji dla au pair, która sprawdza, czy wszystko między au pair a rodzinami jest w porządku oraz organizuje comiesięczne spotkania swojej lokalnej grupy w celu integracji au pairs) Ani, na które wybrałam się z nią była prezentacja oferty tej firmy. Prowadził ją jeden z liderów wycieczek. Jak się pózniej okazało lider mojej wycieczki. Już przed wyjazdem, a zaraz po zarezerwowaniu przeze mnie wycieczki, dostałam maila, że opcja, którą wybrałam (tańsza z nocowaniem pod namiotami), ze względu na małą ilość chętnych nie odbędzie się... ale w tym samym terminie mogę pojechać na tą samą wycieczkę, tylko że z nocowaniem w hostelach i hotelach. Opcja droższa, ale oni wiedzieli (tak myślę), że jestem au pair, więc dostałam zniżkę w wysokości różnicy między cenami.
Postanowiłam, że polecę dzień wcześniej, żeby nie lecieć na wariatkę z obawą, o przesiadki, różnicę czasu, godzinę zbiórki i tego, że przez całonocną podróż będę nieprzytomna. Lot miałam o 6:55 rano, wiec musiałam wstać o 4 rano. Z każdym moim większym wyjazdem mam taki problem, że nie potrafię zabrać się za pakowanie. Podobnie miałam przed przylotem do Stanów, co budziło duży niepokój mojej mamy. Dwa dni przed wylotem moje walizki były wciąż prawie puste, a organizacja potrzebnych rzeczy na rok wcale nie jest łatwa. Na Alaskę pakowałam się w piątkowe popołudnie w towarzystwie Ani na Facebooku, która odpowiadała na pytania typu: czy zabierać krótkie spodenki? (Nie!) Czy potrzebuje stroju kąpielowego? (Nie zajmuje dużo miejsca.) oraz Darii (mojej najlepszej na świecie wrocławskiej, akademikowej współlokatorki!), która podziwiała jak wszystko roluje, również służyła radą i pogawędką. Rolowanie ubrań jest bardzo dużą oszczędnością miejsca, a rolowanie w zestawy dzienne jest bardzo praktyczne i szybkie przy decyzji o tym co ubrać. Polecam, oczywiście tylko dla osób, którym tak jak mi żelazko jest prawie obce. Bardzo jestem z siebie dumna, że potrafiłam się spakować na 10 dni na Alasce tylko w moją małą podręczną walizkę i plecak.



Wstałam o 4 rano, ubrałam się, zjadłam śniadanie (bo przecież to najważniejszy posiłek w ciągu dnia...) i zamówiłam ubera, ponieważ komunikacja publiczna jeszcze nie działała. A na lotnisko na szczęście jest blisko. Byłam zaskoczona tym jak lotnisko jest puste, oczywiście zanim odnalazłam właściwą drogę do lini, której używałam chwile mi to zajęło. Dopiero na lotnisku się odprawiałam, bo z nieznanych mi przyczyn nie mogłam zrobić tego przez internet. Nie pomagało także to, że ani mój host dad ani host mum nigdy nie mieli do czynienia z linią lotniczą o nazwie Sun Country. Tak, żyłam z odrobinką niepewności, czy wszystko będzie dobrze z moją rezerwacją, ale miałam kilka scenariuszy gdyby pojawiły się problemy. Na szczęście, jak już trafiłam do odpowiedniego punku, odpowiednich lini lotniczych wszystko było ok. Wcześniej półprzytomna i bardzo podekscytowana prosiłam o pomoc z odprawą w okienku Southwest, a nie Sun Country.

Po kontroli bezpieczeństwa jak siedziałam z biletami przy mojej bramce zorientowałam się, że podczas mojej przesiadki mam aż 6 godzin w Minneapolis i jest to prawdopodobnie odpowiedni czas na to, żeby coś zrobić w tym mieście. Ze wsparciem przyszła mi polska grupa au pair na facebooku, gdzie spytałam o to co mogę zrobić w ciągu tego czasu. Po 2 godzinach lotu czekała na mnie bardzo pomocna odpowiedź ze wskazówkami jak się gdzie dostać.

W Meaneapoliss wybrałam się na spacer do Downtown, które nie było spektakularne. Jednakże architektura tego miasta jest bardzo różnorodna.
Budynek biblioteki
Nie wiem co to za budynek.
W drodze do rzeki.
Przypadkowo dotarłam na najstarszy most w Minneapolis...
... na rzece Missisipi.
Bardzo chciałam zobaczyć ratusz w tym mieście.
Pomimo, że nie na początku nie miałam zamiaru wybrać się do Mall of America - największego centrum handlowego w Stanach, bo uważam, że centra handlowe wszędzie są takie same i nie lubię ich "zwiedzać". Pojechałam tam, bo nadal miałam dużo czasu między lotami.
Byłam tylko w jednej części, która zaskoczyła mnie, znajdującym się tam ogromnym parkiem rozrywki.  
Promocja filmu. 

Po 40 minutach i lunchu wróciłam na lotnisko. Miałam dosyć tego tłumu i hałasu, który panował w tym miejscu.

Lot do Anchorage przespałam, więc po wylądowaniu na Alasce, byłam w miarę wypoczęta i jeszcze bardziej poekscytowana. Już przy lądowaniu zobaczyłam lasy, góry i ocean. Ten widok uświadomił mi jak bardzo tęskniłam za naturą i zielenią w takich ilościach. Z lotniska odebrała mnie moja couchsurfing'owa hostka, która zabrała mnie do Downtown. Ku mojemu zdziwieniu miasto pozbawione jest drapaczy chmur, wszędzie jest bardzo dużo przestrzeni, widać niebo i przepiękny krajobraz górski. Poszłyśmy na kolację, następnie przeszłyśmy się szlakiem spacerowym. Trafiłam na cudowną hostkę. Odebrała z lotniska, pokazała miasto i jeszcze podwiozła na miejsce naszej zbiórki.


Spokój, cisza, natura.


Znak, który na Alasce jest normą.
Nie wiedziałam co mam zrobić z tym drzewem, więc pozowałam. Jak widać uśmiech nie schodził z mojej twarzy. fot. K.

Jak już wspomniałam zbiórka była o 7:30, ale mimo tej wczesnej pory widziałam błysk w oczach wszystkich uczestników. Rozpoczęliśmy od sprawdzenia obecności i gry integracyjnej z zapamiętywaniem imion. Dla mnie niezwykle ważne jest otaczanie się osobami dla który angielski jest językiem ojczystym. Po raz kolejny mi się poszczęściło, ponieważ w skład mojej grupy wchodzili Nikki i Kelly z Australii, Laura i John z Wielkiej Brytanii, Arnie z Belgii (mieszkającego w UK), Harman z Indii (od 10 lat w USA) oraz Helena z Niemiec. Nasz tour lider/kucharz/przewodnik/niania/kierowca Clayton jest rodowitym Amerykaninem. Po sprawach organizacyjnych ruszyliśmy.

Już po 5 minutach byliśmy zachwyceni tym w jak pięknym miejscu przyjdzie nam poznawać. Pierwszym przystankiem był park w którym znajdowały się zwierzęta, które nie przeżyłyby w naturalnych warunkach. Wszystko było ogrodzone i bezpieczne.


Poranna kąpiel, miś na dzień dobry.


Niedźwiedź. Fot. Arnie.

Znajdź niedźwiedzie.


Z tej platformy obserwowaliśmy niedźwiadki.


Piżmowół. 


Czułości reniferów tundrowych. "Love is in the air"


Łoś rozmyślający o deszczowej pogodzie.
Ryś. Te oczy! Fot. Arnie
Jednym z przystanków był spacer wzdłuż turkusowej rzeki. Fot. Laura.

Zatrzymaliśmy się przy wjeździe do miasteczka o nazwie Homer.


Roztaczały się tam piękne widoki.

Zrobiliśmy pierwsze grupowe zdjęcie, ale przed nim ochrzciliśmy naszą drużynę nazwą "Oh damn!", które było reakcją Arniego na to, że potrzebujemy nazwę.

Po zakwaterowaniu w przecudownie położonym hostelu, wybraliśmy się na spacer do centrum miasteczka, czyli portu.


Z takimi widokami po przebudzeniu i wyjściu z budynku, mogłabym budzić się codziennie.
Romantyzm i rzeczywistość nadmorskiej miejscowości.
Plaża, woda, góry! 
Przy przystani, gdzie zaparowane (zacumowane?) były łodzie natrafiliśmy na przeurocze zwierze. Byliśmy zachwyceni, gdyż była od nas maksymalnie 2 metry. Oczywiście jak je się znudziło to odpłynęła...


Ta wydra była przesłodka. Fot. Mój iPhone

Znakomita modelka! Fot. Laura.


Nawet ogonem nam machała! Fot. Laura
Wieczór spędziliśmy przy ognisku grając w grę, której tytułu nie pamiętam, ale było bardzo bardzo zabawnie.

Następny dzień miał być naszym ostatnim spokojnym dniem, w którym możemy się wyspać. Arnie i Harman zdecydowali się na wędkowanie, więc o świcie wyruszyli na połowy. Dla mnie ta z racji mojego podejścia do zwierząt (to moi przyjaciele, więc ich nie jem i nie zabijam, oprócz komarów) ta atrakcja nie była zachęcająca.




Zamiast na ryby, wybrałam się na spacer na plażę, do której było 5 minut z hostelu, zrobiłam to jeszcze przed śniadaniem.
Naszymi atrakcjami tego dnia było Visitor Center, które przybliżyło mi historię Alaski.



Wizyta w cukierni Two Sisters, wszystko było wegetariańskie! Wybór słodkości i nie tylko, był tak ogromny...


... że nie mogłam oprzeć się podwójnemu deserowi na drugie śniadanie. Babeczka brzoskwiniowa i bez glutenowe  brownie.
Po takich pysznościach udaliśmy się na szlak, dla mnie był to krótki, łatwy i przyjemy spacer.

Dziwna ostrość, ale to dla osób zaznajomionych z filmem "Into the wild" ("Wszystko za życie"), którzy ostrzegali mnie przed różnymi jagodami na Alasce.
Przed wejściem na szlak nasz lider powiedział nam, że nie powinniśmy maszerować w ciszy i mamy głośno rozmawiać. To odstrasza niedźwiedzie... poczułam, że jestem na Alasce.
Tak sobie szliśmy. Ja, Laura, Nikki, Kelly, Helena.
Cel wędrówki. Fot. Clayton.


Panorama.


Selfie z selfie stick... Clayton, Kelly, Laura, ja, Nikki, Helena i John. Funny pic.


Artystycznie.
Po naszej wędrówce odebraliśmy chłopaków z siatką pełną halibutów, które były kolacją dla mięsożerców przez dwa dni, ale w bardzo różnych formach. Dla mnie były grillowane pieczarki i bakłażan.


Przed kolacją udałam się na plantację malin, która znajdowała się na terenie hostelu.
Uwielbiam maliny, bo kojarzą mi się z moim tortem urodzinowym.
Nic tylko siedzieć i jeść przy takim otoczeniu. 
My zapewniliśmy sobie rozrywkę w postaci gry siatkówki, której brakowało mi przez całe lato! #olympicrio
Grupowo na terenie Seaside Farm
Nazajutrz opuszczaliśmy to piękne miejsce. Taki krajobraz już nam się nie powtórzył.

Podczas naszej gry w siatkówkę urosło trochę namiotów.
Helena i Laura, cichy poranek.
Taka rejestracja...


Ciąg dalszy nastąpi...