Translate

wtorek, 9 sierpnia 2016

Upalny Nowy Jork

W ramach oszczędności na długi weekend (Memorial Weekend) razem z Emily z Australii, która mieszkała 2 ulice dalej wybrałyśmy się do Nowego Jorku. Rozwiewając wątpliwości, nasza oszczędność polegała na wybraniu miasta do którego nie jest daleko i nie musimy przeznaczyć dużych pieniędzy na dojazd. Nowy Jork jest 4 godziny samochodem od Waszyngtonu, bilety autobusowe można znaleźć tanie. Jako szalone au pair i trochę au poor (poor- biednk/biedna) wybrałyśmy couchsurfing jako sposób na nocleg.  

Tak jak pisałam w drugiej notce (http://mariannamjch.blogspot.com/2016/04/poczatki-i-pierwsza-wycieczka.html) moja pierwsza wizyta w Nowym Jorku bardzo mnie rozczarowała. Co do tej miałyśmy wiele oczekiwań i całą listę rzeczy, które chciałyśmy zrobić i zobaczyć. Nic nas nie zawiodło, a kilka rzeczy bardzo zaskoczyło.

Wyjeżdżałyśmy w piątek wcześnie rano i tak już koło południa znalazłyśmy się na Time Square. Tak bardzo cieszyłam się, że spędzamy nasz wolny, długi weekend w tak niesamowitym mieście, że cały czas się uśmiechałam.


Hello Time Square! fot. Emily

Wspólne zdjęcie z czerwonych schodów.

Tyle reklam,  tyle ludzi!

W Nowym Jorku bardzo dużo spacerowałyśmy, ale także jeździłyśmy metrem. Nasz nowojorski host Mark poradził nam, kupienie i doładowanie kart na tydzień za $30. Przy tak intensywnym przemieszczaniu się jak nasze, bardzo nam się to opłacało, pomimo tego że byłyśmy tam tylko na cztery dni.

W drodze do Grand Central Terminal wstąpiłyśmy do Nowojorskiej Biblioteki Publicznej, która jest przepiękna zarówno na zewnątrz jak i w środku.


Fasada biblioteki.





Podczas wchodzenia do środka biblioteki, każdy musiał przejść przez bramki i mieć sprawdzoną torebkę/plecak.

Sklepienie jednej z sal.

Grand Central Terminal, czyli najbardziej znany oraz największy pod względem liczby peronów dworzec kolejowy na świecie, był jednym z naszych głównych punktów tej przyprawy (Tak, czytam teraz chłopcom "Kubusia Puchatka" po angielsku i tak mi się przypomniało).


Szczęśliwe w NY. Ja i Emily. Fot. ktoś

Tak bardzo filmowe miejsce! 

Oczywiście jak wszędzie flaga.

Malunki na sklepieniu, które są prawie nie dostrzegalne.

Wolnym krokiem udałyśmy się odpocząć na trawie, w cieniu drzew w Central Parku. 


Bomby witaminowe i zbieranie sił. Bardzo mi się podobały food trucki, które serwowały najróżniejsze świeże smoothie.

Zbalansowania panorama Nowego Jorku.

Pogoda była cudowna! fot. Emily

Kto by uwierzył, że Flatiron Building ma aż 22 piętra!

Flatrion District. 


Stado żółtych taksówek.

Po tak wielu atrakcjach udałyśmy się na Brooklyn, gdzie nocowałyśmy. Nasz host zabrał nas samochodem (bo szybciej i wygodniej, ale nie obyło się bez problemu z parkowaniem) na krótką objazdówkę po Brooklynie.



Nieopodal Brooklyn Bridge. 

Po zjedzonej kolacji w znanym i lubianym Chipotle (Meksykańska sieciówka, serwująca dobre, a nawet zdrowe jedzenie w bardzo korzystnej cenie) pojechaliśmy do mieszkania ogarnąć się przed wieczornym wyjściem.

Nasz host zabrał na do  "fancy" (fancy- luksusowy, elegancki) klubu na dachu jednego z budynków. Widoki były wspaniałe! Nie spodziewałam się, że będziemy miały okazję zobaczenia miasta  z wysokości nocą. Muzyka w tym miejscu też mi się podobała... Była tam nawet Macarena.

Na fancy imprezie, w bardzo fancy łazience.

Po lewej Mark, ja i Emily. Jedyne zdjęcie, które nadaje się do publikacji. W tle Empire State Building.
Bardziej szczegółowa relacja połączona z obrazami i dźwiękiem była na Snapie... 

W sobotę wyszłyśmy około 10 rano, naszym kierunkiem był Manhattan.

Schody przeciw pożarowe w każdej kamienicy, jak w filmach!

Kluczowym elementem wyjazdu był mnie punkt widokowy The Top Of The Rock. Podczas pierwszej wycieczki do Nowego Jorku miałam nawet wykupiony bilet na tą atrakcje przez moją kochaną rodzine goszczącą... ale papież miał pierwszeństwo.

Panienka z okienka. Fot. Emily

Dach znajduje się na wysokości 220 m. Można z niego podziwiać panoramiczny krajobraz Nowego Jorku.

Widok na Central Park
Bardzo szczęśliwe! Fot. Ktoś

Przeciwna strona. Jak patrze na to zdjęcie, to nie wierzę, że tam byłam i je zrobiłam. 

Uwielbiamy zdjęcia, dużo zdjęć! Fot. Ktoś.

Zawsze jestem pełna ogromnej nadziej, mam więc z Nią zdjęcie. Fot. Emily.

Specjalnie dla mnie zawędrowałyśmy do uroczej dzielnicy w której znajduje się budynek, będący w przebitkach serialu "Friends" jako budynek mieszkalny bohaterów. Cała dzielnica jest bardzo ładna, ale jak to mówił nasz nowojorski host "Jeżeli podoba wam się jakaś dzielnica, to na pewno jest bardzo droga."

Jak na prawdziwą fankę serialu  musiałam się tam pojawić! Fot. Emily

Emily miała wspaniały pomysł, żeby wynająć rowery i pojeździć nimi po Central Parku, który jest naprawdę ogromny. Zajmuje 341 hektarów. Spotkałyśmy się tam z jej koleżanką Sofie, która jest z Szwecji.



I tak sobie jeździłyśmy przez 2 godziny...


Z przystankami na zdjęcia, bo tam jest tak pięknie!

Ale i bez przystanków... fot. Sofie.

Takie prawie normalne zdjęcie. Emily +100 do mocy za jazdę na rowerze w spódnicy maxi! Fot. Ktoś.

Nasza przejażdżka trwała 2 godziny, a udało nam się zrobić jedynie kółko dookoła parku, zatrzymać się może 3 razy i wrócić do wypożyczalni. Ten pomysł z rowerami był strzałem w dziesiątkę, ponieważ przy takim upale, którego tam doświadczałyśmy bardzo przyjemnie było poczuć wiatr we włosach.


Nasza kolacja, oczywiście burger w wersji wegetariańskiej.

Podczas kolacji moje zmęczenie z pierwszego dnia, a także to po długiej imprezie oraz całym kolejnym dniu zwiedzania, spowodowało to, że stałam się małomówna i przestałam się uśmiechać. Biedna Emily myślała, że coś mi jest i bardzo przejęła się moim stanem. Kilka razy pytała czy wszystko dobrze. Ten sobotni wieczór, był dla nas bardzo spokojny. Pozwolił nam się zregenerować na pozostałą część wycieczki.

Na niedzielę pozostawiłyśmy sobie do zwiedzania Brooklyn oraz Lower Manhattan.  Nasz host mieszka na Brooklynie, więc nie było trudno dostać się do Brooklyn Bridge. Musiałyśmy tylko złapać autobus.

Dla mnie Brooklyn, który poznałam jest dokładnie taki jak wyobrażałam sobie słuchając piosenki Kultu "Brooklyńska rada Żydów". Co ciekawe codziennie przechodziłyśmy przez Williamsburg, również wspomniany w tym utworze. Nie robiłam zdjęć, bo nie czułam takiej potrzeby, ale widziałam Żydów w ich tradycyjnych strojach. Dziewczyny i kobiety były ubrane w długie sukienki zakrywające każdą część ciała... ja w mojej letniej sukience czułam się bardzo roznegliżowana.  Mężczyżni miel kapelusze i pejsy. Intrygującym widokiem asymilacji był żółty, amerykański, szkolny autobus, na którego boku widniała nazwa szkoły, albo kościoła (tak, przypuszczam) w języku jidysz.  Pierwszego popołudnia nasz host powiedział, że ta dzielnica uznawana jest za najbezpieczniejszą, ponieważ funkcjonuje tam dodatkowa żydowska policja.



Na Brooklyńskim moście

Brooklyn Bridge.

Przechodząc przez brooklyński most spotkałam Marcelinę. Znowu nie mogłam przestać się uśmiechać.


Oczywiście selfie z gwiazdą!

Widać, kto tu jest gwiazdą i ma sesję zdjęciową, a kto jest tylko turystką.  Tak, było jej gorąco. Fot. Emily.

Spotkanie z Marceliną było dla mnie niesamowitą niespodzianką. Myślę, że ona też była zaskoczona rozpoznaniem przez fankę w takim otoczeniu, gdzie dziennie ludzie przewijają się w ilościach masowych i jest to zupełnie inny kontynent, niż ten na którym jest popularna. Porozmawiałyśmy nawet chwileczkę. Mieszałam języki, bo zaczęłam po polsku, ale potem chciałam, żeby Emily też rozumiała, więc kontynuowałam po angielsku. Przytuliłyśmy się na pożegnanie. To było magiczne!

Marcelina -Nie mogę zasnąć


Na tym moście oznaką miłości są bardzo różne rzeczy... Najwięcej jest słuchawek. 

Po przerwie na kawę udałyśmy się do miejsca w którym znajdowały się dwie wieże World Trade Center.


9/11 Memorial. W urodziny każdej z ofiar przy jej imieniu i nazwisku pojawia się biała róża.

Piękne i bardzo przytłaczające. 

Kolejnym punktem była Wall Street. Niestety zdjęć z bykiem nie mamy, bo był tak oblegany, że nie miałyśmy ochoty czekać i mieć zdjęć z całym tłumem.




Po przeciwnej stronie do byka zobaczyłam coś co o wiele bardziej mnie interesuje.


Flagi, flag wszędzie!

Na Wall Street przypadkowo trafiłyśmy na trwające zdjęcia do filmu kostiumowego. 


Nadal nie wiem co to za film, ale pojazdów takich jak ten było bardzo dużo.

Zastanawiałyśmy się czy chcemy przepłynąć się łódką do Statuy Wolności, ale stwierdziłyśmy, zrobimy to innym razem jak będziemy miały bilety na wjazd na górę. Bilety na Statuę Wolności należy rezerwować z dużym wyprzedzeniem czasowym. Gdy postanowiłyśmy jechać, było już za późno. Poza tym był to bardzo turystyczny weekend.


Statuę podziwiałyśmy z daleka.

Dzień bez Central Parku byłby dniem straconym, więc wróciłyśmy tam do dwóch ważnych dla mnie punktów.


Fontanna.. niektóre foldery mówią, że to ta z czołówki "Friends". Fot. Emily.


Zieleń, to nie częsty kolor w krajobrazie NY.

W części Central Parku, która nazywa się Strawberry Fields znajduje się miejsce w którym zastrzelono Johna Lennona.


Bardzo trudno było zrobić zdjęcie nie zawierające ludzi, ale mi się udało.


Podoba mi się taka forma pamięci, która nie jest pomnikiem, a przekazuje tak dużo treści.

Wróciłyśmy do mieszkania, żeby odetchnąć trochę od upałów i przygotować się na wieczór. Emily , która nie jest wegetarianką ani tym bardziej weganką, znalazła świetną wegańską restaurację dwie ulice dalej od naszego lokum, w której zjadłyśmy pyszną kolację. Wybrałam fish burgera... dla mnie smakował jak ryba, ale smak, który zapamiętałam może być trochę zniekształcony. Ostatnią rybę jadłam osiem lat temu. Dlaczego są w ogóle takie miejsca, które przyrządzają wegetariańskie dania, mające imitować potrawy zwierzęce (mam podobne poglądy co do wegańskich szynek i kiełbas) i dlaczego tam poszłyśmy? Otóż udałyśmy się tam dla  rozrywki, nowych/starych smaków, bez zmartwienia czy na pewno coś znajdę coś dla siebie w menu. Inna sprawa, że istnieją osoby, które nie mogą jeść mięsa z powodów zdrowotnych pomimo tego, że je lubią. Dzięki takim restauracją, czy bezmięsnym wędlinom i kiełbasom mogą mieć iluzję jedzenia potraw mięsnych.


Pyszności, chce tam wrócić!

Po kolacji wróciłyśmy do mieszkania i tam spotkałyśmy się z naszym hostem. Piliśmy wino i rozmawialiśmy o różnicach kulturowych i nie tylko. Było bardzo zabawnie...


W mieszkaniu naszego hosta, które wynajmuje od Polki znajduje się kolekcja hełmów...

Na dzień naszego powrotu do DC zostawiłyśmy sobie MoMA czyli Museum of Modern Art. Czułam się tam jak ryba w wodzie. Miałam okazję podziwiać w oryginałach międzyinnymi "Gwieździstą noc" Vincenta van Gogha, piękne dzieła Edgara Degasa, którego uwielbiam, czy akty Amedeo  Modiglianiego. Rzecz oczywista, że w muzeum były tłumy oraz pierwszy raz spotkałam się z takim gwarem. Odpuszczam sobie, wrzucanie tu zdjęć obrazów, ponieważ można je wygooglować w dużo lepszej jakości.


Jedna z nowojorskich uliczek z perspektywy MoMA.

Ostatnim punktem wyjazdu było zobaczenie Empire State Building, który tak jak Central Park, czy Brooklyn Bridge jest jednym z symboli Nowego Jorku.


Budynek, który bardzo chciałam zobaczyć, bo był istotnym wątkiem w "How I met your mother", ale pojawił się również w ponad w 90 innych filmach.

Nowy Jork jest miastem w którym jest bardzo niewiele zieleni. Jest wielki, zatłoczony i głośny. Mimo wszystko zauroczyły mnie te spokojniejsze, urocze dzielnice, Central Park, który jest jak oaza na tej pustyni pełnej drapaczy chmur. Wiem, że na pewno tam wrócę, bo póki co nie mam daleko!
I jest jeszcze tyle dzielnic, po których chce pospacerować.


Zgadzam się ze Stachurą, że
 "Nie brooklyński most
Ale przemienić 
W jasny, nowy dzień
Najsmutniejszą noc-
To jest dopiero coś!"

Sprawdziłam i szalałam nienagannie!


Ulubione profilowe.  Fot. Emily


wtorek, 2 sierpnia 2016

Szkoła i nowa pieczątka w paszporcie, Montreal.

Moja wycieczka do Montrealu była w ramach szkoły. Każda au pair jest tu na wizie J1, czyli studencko-pracowniczej ma obowiązek zrobienia 6 kredytów, czyli punktów zdobywanych za godziny zajęć (10 godzin = 1 kredyt). Host rodzina jest w obowiązku dać au pair $500 do wykorzystania na naukę. W tym roku nie za bardzo potrafiłam odnaleźć się na stronach pobliski uniwersytetów, więc zapisałam się tak jak Ania na kurs o Montrealu połączony z wycieczką do tego miasta. Za ten kurs zdobyłam 4,5 kredytów. 

Zajęcia miałyśmy przez 3 niedziele marca, po 6 godzin każde. Oczywiście z przerwą na lunch. W mojej grupie ponad połowa au pair była z Niemiec (wśród au pair generalnie największy procent to ludzie z Niemiec. Bardzo wiele osób postanawia sobie zrobić gap year i przyjeżdżają tu zaraz po liceum.), były trzy Polki, Brazylijka, Holenderka, Austriaczka, nie było nikogo z Francji. Nasz prowadzący był bardzo sympatyczny, ale zajęcia nie były porywające. Na dwóch pierwszych podawał tematy do dyskusji oraz krótkie filmy związane z tym jaki wpływ na Montreal miała Francja. Ostatnie zajęcia polegały na prezentacji wybranego przez siebie tematu. Ja oczywiście wybrałam festiwale odbywające się w Montrealu. Skupiłam się głównie na wydarzeniach związanych z filmem i sztuką, bo intuicyjnie przeczuwałam, że inna dziewczyna opracuje temat festiwali muzycznych. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym w mojej prezentacji nie lokowała produkt jakim jest nasz polski, wspaniały Przystanek Woodstock. Stwierdziłam, że jeżeli mamy tyle Niemek i Niemca w grupie, to może być to dla nich interesujące...  z Berlina do Kostrzyna są tylko 92 kilometry!

W cenie tego kursu oprócz zajęć mieliśmy przejazd autokarem z Waszyngtonu do Montrealu i z powrotem, 3 noce w hotelach, jedno śniadanie oraz autokarową wycieczkę z przewodnikiem.

Zbiórka i wyjazd był w czwartek o 6 wieczorem z Union Station, czyli dworca autobusowego w DC. Dla niektórych nie obyło się bez przygód. Mnie uratowały minuty od ogromnego stresu, jaki przeżyła Ania i bardzo duża część naszej grupy.

Z racji tego, że Ania mieszkała bardzo blisko mnie to byłyśmy umówione, że jedziemy razem autobusem do dalszej stacji metra. Przystanek Ani były o jeden wcześniej. A ja postanowiłam, że razam z hostem i młodszym chłopcem (z którym spędziłam cały dzień, bo chorego odbierałam ze szkoły) pójdę na przystanek szkolnego autobusu starszego dziecka i tam się z nim pożegnam. Co śmieszne jak tak się żegnaliśmy widział nas jego przyjaciel... Powiedział swojej mamie, że wracam do swojego kraju, bo miałam walizkę i żegnałam się z chłopcami. Po ostatnich przytuleniach poszłam na mój autobus. Już po wcześniejszych doświadczeniach z tym środkiem komunikacji wiedziałam, że te autobusy jeżdżą jak chcą. Sprawdzając coś w telefonie zdziwiłam się, że autobus 4A już nadjechał, wsiadłam, rozglądam się i nie widzę Ani. Dzwonię do niej i nie mogę przestać się śmiać (śmieszą mnie dziwne sytuacje życiowe), "Cześć Aniu, wsiadłam do autobusu, hahahha, ale ciebie tu nie ma. hahaha.". I tak sama dojechałam do metra i ustaliłyśmy, że nie czekam na Anię tylko jadę na Union Station. Na miejscu dowiedziałam się, że był pożar w metrze i moja linia właśnie została zamknięta... Nasza opiekunka grupy najpierw powiedziała, że na nikogo nie czekamy (bo po drodze mamy jeszcze dwie grupy do odbioru w innych miastach, które też będą czekać i nie wiedzieć co się dzieje), ale gdy uświadomiła sobie, że brakuje prawie połowy osób postanowiła poczekać. I tak zamiast o planowanej 6 wyjechaliśmy około 7:30. Gdy już Ania dojechała (wcale nieostatnia!), to bardzo mi się spodobała jej opowieść jak łapała taksówkę z ulicy, tak jak w Amerykańskich filmach...

Dla urozmaicenia pare słów od Ani z jej perspektywy:

Wbrew przeciwnościom losu, czyli jak to Anna jednak dotarła na dworzec Union Station, gdy całe metro w DC szlag trafił (a takie piękne, amerykańskie!)

Na przystanek autobusowy przy Route 50 wyszłam sobie z pewnym zapasem czasowym, idę przez zielony mostek z moją torbą na kółkach. Mostek łączy przeciwne strony 3-pasmówki Route 50. Patrzę, a tu nadjeżdża autobus 4A (ten mój, co jedzie na stację metra Rosslyn). To był wcześniejszy autobus, ale już spóźniony. Nie było szans, zdążyć i dobiec. Czekam na przystanku na kolejny. Dzwoni Marianna, ona już siedzi w autobusie, bo też wcześniej wyszła, ale ten wcześniejszy spóźniony jeszcze złapała. Czekam i czekam. Kolejny autobus przyjechał, spóźniony 10 minut. Dojechałam na stację metra Rosslyn. Wskakuję do pociągu metra. Czekam i czekam. Pociąg nie rusza, kolejne 15 minut zmarnowane. Wypadam na powierzchnię, przed stację metra. Dzwonię po taksówkę. Ma być za 5-10 minut. Po 15 minutach ani widu, ani słychu. Gdzie ten Pan Taryfiarz!!!?? Dzwonię znowu. Kobieta Dyspozytorka mówi, że całe metro zamknięte, taksówkarze jeżdżą jak chcą, klops. Rozłączam się, klnę już pod nosem (choć nie zdarza się to często). Przejeżdża taksówka (Red Top Cab), a ja jak w amerykańskich filmach macham i nawołuję z krawężnika. Taksówka podjeżdża, zatrzymuje się. Kilku ludzi też ma na nią chrapkę, ale ja już wskakuję do taxi. Jest moja! Pędzimy na Union Station, oczywiście miasto zakorkowane, bo setki innych ludzi też mieli ten pomysł z taksówką. Dopadam Union Station, taksówka kosztuje jak za zboże - 25 $ (na szczęście moi hości pokryli te koszty). Na stacji czeka już Marianeczka, która przez cały czas tej szalonej gonitwy z czasem wspierała mnie mentalnie i telefonicznie. Autobus jest, wsiadamy. Pozostałe kilkanaście osób z wycieczki też utknęło w otchłaniach stołecznego metra i próbuje się wydostać i do nas dotrzeć. Na resztę owieczek zaczekaliśmy i godzinę póżniej wyjechaliśmy z DC. Podróże kształcą, nie było nudno, to na pewno.



Tak umilałyśmy sobie czekanie na spóźnialskich.

Dziękuję Aniu!


Po odebraniu ludzi z Baltimore i Filadelfii, po łącznie jakiś 4 godzinach jazdy nocowaliśmy w hotelu gdzieś w New Jersey. Rano jedliśmy tam śniadanie i ruszyliśmy. Do tego, że mam kontrolę paszportową, albo pokazuje dowód na lotniskach przywykłam, ale do kontroli paszportowej na granicy lądowej, mimo wszystko dzięki strefie Schengen kompletnie odwykłam. Na przejściu granicznym USA i Kanady musieliśmy wyjść z autobusu i każdy indywidualnie podchodził do celnika i pokazywał dokumenty. Nikt z naszej grupy na szczęście nie miał żadnych problemów.

Do Montrealu  i naszego hotelu dotarliśmy około godziny 17. Tam to popołudnie było naszym czasem wolny.


Wyjazd dla au pair = brak dzieci i walizki na kółkach.

Panorama Montrealu z kościołem św.  Marii.

Poszyłyśmy z Anią na spacer po okolicy i pobudzającą kawę. Do hotelu wróciłyśmy po około 2 godzinach, trochę odpoczęłyśmy i zaczęłyśmy szykować się na wieczór. Jak już byłyśmy gotowe, udałyśmy się do imprezowo-barowej części miasta, która była bardzo blisko naszej lokalizacji.


W miejscu, którego nazwy nie pamiętam wypiłyśmy smaczne drinki i zjadłyśmy kolacje.

Pogoda w Montrealu była cudowną przerwą od deszczu, który padał przez 3 tygodnie w DC. fot. Ania.

Po kolacji zaczęłyśmy poszukiwania miejsca w którym możemy potańczyć. Tak spotkałyśmy niemiecką część naszej autokarowej grupy i razem z nimi poszłyśmy do miejsca, które nazywało się Thursday. W Kanadzie, tak jak w Polsce picie alkoholu i wchodzenie do klubów jest dozwolone od 18 roku, więc większość au pair, które są nieletnie w Stanach, bardzo lubi wycieczki do Kanady i w pełni wykorzystuje czas tam spędzony.


W Thursday spotkałyśmy Jolę z naszej grupy zajęciowej.

Następnego dnia jadłyśmy śniadanie w jednej z kawiarni, która była polecana przez naszą przewodniczkę. Było słychać, że dla obsługi tego miejsca językiem narodowym jest francuski. 
"Do Sturbucksa możecie iść wszędzie, wybierzcie coś bardziej lokalnego."

Okazało się, że byłyśmy gotowe o godzinę wcześniej, więc sobie trochę spacerowałyśmy.

Na zdjęciu widać, która jest zakochana ;) Na tej wyciecze zaczęłam używać selfie stick, jest bardzo pomocny!

Jedno z pierwszych zdjęć zrobionych moim Instax'em, 

 Po zbiórce i przeliczeniu, wszystkich au pair wyjechaliśmy na wycieczkę z przewodniczką, która była bardzo kompetentna, zaangażowana i zabawna.


Nasza przewodniczka z flagą Montrealu, herb jest taki sam.
Pierwszym punktem była bazylika Notre-Dame, która jest najstarszym neogotyckim kościołem w Kandzie. Ciekawostka, którą zapamiętałam: w tym kościele ślub brała Celine Dion.

Przepiękny neogotycki ołtarz.

Kaplica, w której odbywają się śluby (osób mniej popularnych).

Oczywiście selfie z katedrą.

Znaczną część tej wycieczki spędziliśmy w autobusie, ale z niego też bardzo dużo widzieliśmy.

Nasza przewodniczka mówiła, że w Montrealu są dwie pory roku: zima i remonty. 

Kolejnym przystankiem był jeden z punktów widokowych.



Polska część naszego autokaru.

Moje ulubione zdjęcie z tego wyjazdu, słowiański znak nieskończoności. fot. Agnieszka S. pomysł Ania.

Odwiedziliśmy również inny punkt widokowy położony na wzgórzu, z którego rozciągała się panorama. Nie były to dla mnie krajobraz zapierający dech w piersiach, ponieważ jak widać Montreal nie jest miastem pełnym wysokich, nowoczesnych budynków, czy też pięknych, ogromnych barokowych kościołów, czy majestatycznych zamków. 

Wpadłyśmy z Anią na zdjęcie z Agnieszką. fot. Agnieszka S.

Przejrzyste niebo, to to czego nam brakowało w DC!

Montreal Biosphere, to pawilon Stanów Zjednoczonych, który zostały po Expo 67, obecnie jest to muzeum środowiska.
Po autokarowej wyciecze  z panią przewodnik mieliśmy czas wolny, podczas którego spacerowałyśmy po starym mieście.

Jola, ja, Ania.

Trafiłyśmy do lokalu gastronomicznego, jadłyśmy tam obiad i wypiłyśmy po kolorowym drinku.




Z okien restauracji rozpościerał się piękny widok.

Jednym z miejsc, które chciałyśmy zobaczyć było podziemne miasto. Nie mam z niego zdjęć ponieważ dotarłyśmy tam po 18, kiedy to wszystkie sklepy były już pozamykane. W tym czasie chyba tylko my się tam poruszałyśmy. Podziemne miasto zostało wybudowane w 1962 roku i jest wielkim centrum handlowym. Miejsce to rozkwita tłumem konsumentów, zimą gdy na powierzchni jest śnieg.

Wymęczone spacerowaniem wróciłyśmy do hotelu, w którym zabrałyśmy trochę sił i udałyśmy się zobaczyć rzeźby przed Muzeum Sztuki.


Dale Chihuly, The sun. fot. ktoś.

Po obejrzeniu całej kolekcji rzeźb okolicy muzeum, a było ich całkiem sporo. Ponownie udałyśmy się do imprezowej dzielnicy. Nasza zabawa muzyczno-taneczna (określenie Agnieszki S., które bardzo mi się wtedy spodobało) trwała do zamknięcia klubu, czyli godziny 4 rano, ale nie wracałyśmy jeszcze do hotelu. Znalazłam w Montrealu o 4 rano kawiarnię, która była otwarta, miała zieloną herbatę i pączki z Nutellą! Do hotelu wróciłam około 6 i tak tylko dosłownie chwilę się przespałam i wzięłam prysznic, bo o 7:40 była nasza zbiórka.

Żadna z au pair  nie zgubiła siebie ani swoich dokumentów. Wszyscy na czas cali i zdrowi pojawili się w lobby, po 95% z nas było widać, że noc była bardzo długa. W drodze powrotnej nasz autobus był bardzo cichy i spokojny... Największym poruszeniem była ponowna kontrolna graniczna. Pan celnik, który mnie sprawdzał był bardzo miły.

Montreal jest bardzo ładnym i europejskim miastem, pełnym bardzo różnych turystów, w którym wszędzie widać wpływy Francji. Dużo częściej słyszałam język francuski niż angielski.  Taka forma zajęć połączonych z wycieczką jest opcją przyjemną z pożytecznym.

Tyle miłości, performuję się ze sztuką! fot. Ania